sowie

Basket and witches czyli sposób na uratowanie polskiej koszykówki

Ostatnio komentowane
Publikowane na tym serwisie komentarze są tylko i wyłącznie osobistymi opiniami użytkowników. Serwis nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich treść. Użytkownik jest świadomy, iż w komentarzach nie może znaleźć się treść zabroniona przez prawo.
Data newsa: 2020-10-20 09:42

Ostatni komentarz: super...szkoda, że nie napisałaś jaki kościół w Wałbrzychu. PIsz dalej na na koniec roku książka. ja swoją szykuję na i półeocze...
dodany: 2021.01.18 11:09:17
przez: obba
czytaj więcej
Data newsa: 2013-04-05 13:21

Ostatni komentarz: Świetne...gratuluję...czas na książkę.

dodany: 2021.01.15 08:45:03
przez: adam
czytaj więcej
Data newsa: 2020-10-20 09:40

Ostatni komentarz: Mój tata też należał do ZBOWiD-u. Pełnił tam jakaś funkcję. Wspominal, że do ZBOWiD-u dla korzyści materialnych zapisują się osoby, których w tamtych czasach nie było na świecie. 😊
dodany: 2020.11.14 09:25:09
przez: Bozena
czytaj więcej
Data newsa: 2012-05-11 09:24

Ostatni komentarz: Zostały tylko wspomnienia i wiara że tu wrócimy piłkarze i kibice jak zadawanych lat.
dodany: 2019.05.25 12:46:39
przez: Paulo7860
czytaj więcej
Data newsa: 2011-05-15 20:15

Ostatni komentarz: Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu.............

Wspaniałe!!!
dodany: 2019.03.20 19:01:12
przez: Darek
czytaj więcej
Data newsa: 2016-09-13 16:01

Ostatni komentarz: Super! Bardzo miło się czyta
dodany: 2017.01.06 22:01:25
przez: Jan
czytaj więcej
Data newsa: 2011-10-13 14:20

Ostatni komentarz: Witam.Oczywiscie znam te podpisy na kartce: od gory
7.Leon Klonowski
4.Janusz Lewandowski
9.Mieczyslaw Zenfle
13.Boguslaw Rutecki
10.Jacek Grodecki.
Pozdrawiam .
dodany: 2016.07.29 15:38:52
przez: Jacek Grodecki
czytaj więcej
1978
2020-10-20 09:40

Partia

Przełom 1977/78 był szczególny w moim życiu. Ostatnia klasa liceum, zatem najpierw studniówka, potem matura.
Z pierwszą imprezą, w przeciwieństwie do moich koleżanek z klasy, nie miałam problemu. Partner był. Regularny i własny chłopak. Podczas gdy inne dziewczyny szukały, ja chodziłam na randki.
Sen z oczu spędzała mi matura. Z matematyki. Do dziś należę do niezidentyfikowanej grupy społeczeństwa, która myli się w liczeniu nawet na kalkulatorze. A ówczesna matura składała się z dwóch przedmiotów obowiązkowych: właśnie matmy i oczywiście polskiego. Jeśli chodzi o drugi to problem polegał na tym, czy zdam na „piątkę” czy na „czwórkę” ( „szóstek” wtedy nie było).
Kolejne dwa przedmioty były do wyboru. W moim przypadku wielkiego wyboru nie było: ponownie polski i historia. I ponownie problem – „pięć” czy „cztery”.
Co zrobić z matmą?


Kilkakrotnie ocierałam się z tego przedmiotu o ocenę niedostateczną na półrocze lub rok szkolny....
– Mamo, może byś poszła do matematyka, poprosiła o jakieś korepetycje.... da się mu zarobić.... to może pomoże na tej maturze.... - szepnęłam pewnego dnia, kiedy byłyśmy same.
Mama zdawała sobie sprawę z mej słabości do cyferek, wzorów skróconego mnożenia i układów współrzędnych. Uznała, że dziecko trzeba ratować. Poszła do nauczyciela.
Wróciła w złym nastroju. Z jednej strony ulżyło jej, bo podjęła próbę, z drugiej – w fatalnym. Matematyk spojrzał na nią i kręcąc głową rzekł:
– To pani nie ma na co pieniędzy wydawać? Przecież ona (znaczy się ja) nigdy się tej matematyki nie nauczy. Tuman matematyczny i tyle.
Dziś nazwanie ucznia dzieckiem wiatru i kurzu pewnie jest karalne. Dziś uczniowie mają dysleksję, dyskalkulię, ADHA i inne przygwizdy. Wtedy charakteryzowało kogoś, kto za chiny ludowe konkretnego przedmiotu nauczyć się nie mógł.
Nie było więc ciekawie.
Co prawda zawsze z matematycznych opresji wyciągali mnie nauczyciele humaniści, że niby jestem talent humanistyczny i historię zarówno literatury, jak i Polski znam na wyrywki. Ale co taki polonista na maturze pomoże? Sam pewnie tuman.
Szansa otworzyła się tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

Otóż kilku nauczycieli zaczęło agitować młodzież klas maturalnych do wstąpienia w szeregi jedynej słusznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. O dziwo byli to nauczyciele z grupy w miarę normalnych i lubianych przez uczniów. Wśród nich – matematyk.
Czym do tej pory w moim życiu była partia?
Właściwie to …. niczym. Była, bo była. Rządziła, bo rządziła. Ktoś musiał rządzić. Mówiono, że ci co do niej należą, mają lepiej. W sumie jakoś tego w swoim środowisku nie zauważyłam. Chyba była nawet przeciwnie. Dziś powiedzielibyśmy, że byli ofiarami hejtu.
Ale czasami się taka partia przydawała. Oto kilka lat temu moja mama po dwunastu latach wychowywania dzieci postanowiła wrócić do pracy i to do tej, którą porzuciła po moim urodzeniu. Proste to nie było. Ale partia pomogła. Ojciec miał znajomego sekretarza w komitecie i ten robotę matce załatwił. Chociaż bezpartyjna była.
– Mamo, a może ja bym tak do partii.... Matematyk agituje.... - szepnęłam nieśmiało, kiedy same siedziałyśmy w kuchni.
– W naszej rodzinie nie ma partyjnych.... - zauważyła.
– A wiadomo.... może się ukrywają.... - wysunęłam teorię potwierdzoną faktem, iż też nie wiedzieliśmy, którzy nauczyciele są w partii. - Jeśli bym wstąpiła, to może na maturze by mi facet pomógł.... mówią, że partia swoim pomaga i jak się do niej należy, to ma się lepiej.
Mama westchnęła.
– Nie wiem jak to jest z tą pomocą.... nam partia pomogła, chociaż nie jest jesteśmy partyjni, ale w sumie.... tyle osób do tej partii należy.... pełnoletnia jesteś. Sama podejmij decyzję.
Nie dało się ukryć. Miałam osiemnaście lat.
Oczywiście w szkole trwała dyskusja czy się zapisać, czy nie. Ci, którzy chcieli przyłączyć się do grona wybrańców, mieli różne ku temu powody.
– U mnie cała rodzina należy.
– Mnie ojciec kazał.
– A ja z powodów ideologicznych. Wierzę w przewodnią siłę narodu.
– Żeby w przyszłości być na stanowisku, trzeba należeć. Jak się teraz zapiszę, będę miał dłuższy staż i bez problemu zostanę dyrektorem.
– Ja żeby maturę z matmy zdać... - dołączałam do wymianu zdań.
Mój powód wstąpienia w szeregi PZPR nie robił na nikim żadnego wrażenia. Powód jak każdy inny. Ani dobry, ani zły.
I tak oto pewnego dnia po kolejnej stresującej lekcji matematyki podeszłam do biurka.
– Chcę zapisać się do partii i chcę, żeby pan był moim rekomendującym! - powiedziałam na jednym oddechu.
Nauczyciel spojrzał na mnie spod okularów.
– A dlaczego chcesz należeć.... zresztą to nieważne.
Z biurka wyciągnął kwestionariusz. Kazał wypełnić i przynieść wraz ze zdjęciami.

W styczniu przyszłych członków przewodniej siły narodu zgoniono do jeden z sal gimnastycznych. Nie przypuszczałam, że będzie nas aż tylu. Czyżby też mieli kłopoty z matematyką? Było spore grono znajomych.
– Cześć – zaczepiłam kolegę z sąsiedniej szkoły – Ty dlaczego się zapisujesz?
Nachylił się do mego ucha.
– A nie będziesz się śmiała?
– No nie....
– Matura.... polski.... a u nas polonistka namawiała.
Ulżyło mi.
– Ja to samo, tyle że matma – odszeptałam do jego ucha.
I tak wręczono nam legitymację ze zdjęciem.
Matura z matmy zaczęła przybierać konkretną postać. Wszak partia swoim pomaga.
Do końca roku szkolnego płaciliśmy składki w postaci symbolicznej złotówki. Zbierała je nauczycielka, która nie też wyglądała na partyjną i chodziła do kościoła.

Nadszedł maj.
Matura.
Pierwszy dzień polski pisemny. Wszystko w porządku. Wypracowanie na dziesięć stron papieru A4 w jedną linię.
Drugi dzień. Matma pisemna. Pięć zadań. Żadnego nie rozumiem. W pierwszym coś o słynnym układzie współrzędnych. W kolejnym jakiś logarytm. Co to jest logarytm?
Partio pomocy!
I w sumie nie wiem, jak to z tą pomocą było. Pomogła oczywiście partia, ale pomogła nie tylko swoim, ale i bezpartyjnym.
Kolega, też świeżo partyjny, najlepszy matematyk w klasie, szybko poradził sobie z dwoma zadaniami. Wzrokiem ściągnął, też rekomendującego go w szeregi towarzyszy, nauczyciela. Ten już dawno rozwiązał zadania wraz z innymi przy stole prezydialnym, z którego nas obserwowano. Podszedł do kolegi, dokładnie przeanalizował rozwiązanie, coś przekreślił i kiwnął potakującą głową. Wrócił na swoje miejsce.
Kolega wyciągnął z kieszeni notatnik formatu A6, w którym znajdowała się kalka. Zaczął przepisywać rozwiązania zadań. Kiedy skończył, wyrwał kartki z notatnika, wzrokiem ściągnął nauczycielkę, która do partii nie należała, znaczy się w okresie zimowej agitacji nie agitowała. Ta
zabrała karteczki od niego, złożyła je i …. spacerując po sali pytała szeptem uczniów, czy aby im ściąga nie potrzebna. Nieważne czy partyjny czy bezpartyjny.
Niektórym potrzebna nie była, ale mnie jak najbardziej. Wzięłam karteczkę.
– Przepisz i podaj dalej – usłyszałam nad uchem.
I w ten oto sposób matmę zdałam na tróję, pozostałe przedmioty na piątki. Z tymi drugimi partia oczywiście nie miała nic wspólnego.

Partia w moim życiu otrzymała drugą szansę. Podczas egzaminu na studia. Czasy były takie, że można było zdawać tylko na jedną uczelnię.
Wybrałam taką, która wydawała się najmniej zatłoczona. Podczas egzaminu zamieszkałam w akademiku z trójką dziewczyn z Pomorza. Już podczas pogaduszek w pierwszą noc każda przyznała się, że zapisała się do partii. Żadna z przyczyn ideologicznych.
Żadna z nas na studia się nie dostała. Partia nie pomogła.

Do trzech razy sztuka.

Skoro na studia się nie dostałam, jak każdy przyzwoity człowiek postanowiłam pójść do pracy. Do wymarzonej pracy. Chciałam zostać nauczycielem, zdawałam na uczelnie pedagogiczną. Nie dostałam się. Trudno. Czasy były takie, że nauczycieli brakowało, bo dzieci było dużo.
Oczywiście, że poszłam do Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Niech się partia wykaże. Niech pomoże.
Pani w sekretariacie Pierwszego Sekretarza podałam powód przybycia. Zrobiła zdziwioną minę, rozłożyła ręce.
– Ale w sprawie pracy w szkole to proszę do kuratorium.... my nie zatrudniamy nauczycieli...
– A może chociaż tak telefon od Pierwszego z poparciem... - próbowałam uśmiechem wymóc na pani jakiekolwiek poparcie.
Pani też się uśmiechała.
– Myślę, że nie będzie takiej potrzeby. Nauczycieli brakuje.
Budynek opuściłam w kiepskim nastroju.
Żadnego wsparcia.
Zero pomocy.

W kuratorium zapukałam do pierwszych lepszych drzwi. Powiedziałam, że w sprawie pracy. Pierwsza z brzegu pani szybko zerwała się z krzesełka i z radosnym uśmiechem zaprowadziła mnie do kolejnych drzwi. W pokoju siedział pan w wieku moich rodziców.
– Ta pani w sprawie pracy.
– Ale tylko na wsi, w mieście etatów nie mamy – zakomunikował ostrożnie.
Oczywiście, że na wsi. Nie liczyłam, że dostanę posadkę w mieście. Byłam świeżo po maturze, bez żadnego doświadczenia. Takie osoby jak ja trafiały do małych szkół na wioskach daleko od szosy.
– W porządku. Proszę mnie te wsie pokazać. Jestem specjalistką od polskiego. Tu moje świadectwo. Same piątki na maturze, z wyjątkiem matmy. Aha, należę do partii.
– Piękne świadectwo. Prawdziwa polonistka. A partia to tu nie ma znaczenia.
Pan poszperał w szufladach, szafach i z talentem godnym dzisiejszych przedstawicieli handlowych lub akwizytorów przedstawił mi oferty dla polonistów po maturze.
Wybrałam wieś najbliżej szosy, bo tylko trzy kilometry do asfaltu.

Było nas tam sześcioro. Wszyscy należeli do partii.

Po roku przeniosłam się bliżej miejsca stałego zamieszkania. Było nas dziesięcioro. Wszyscy należeli do partii.

Byłam na jednym zebraniu partyjnym. Fajnie było. Impreza ostro zakrapiana.

Po ukończeniu szkoły średniej nie zapłaciłam żadnej składki na rzecz władzy rządzącej.

W związku z tym, że partia miała szansę i w niczym mi nie pomogła, przestałam się do niej przyznawać.

Nie wiem, co się stało z moja legitymacją partyjną. Może zżarły ją myszy w jednym z pokoi wynajmowanym przez gminę w jednej ze wsi, w której pracowałam.

Po latach wyczytałam, że w okresie największego apogeum PZPR należało do niej ponad trzy miliony Polaków.
I jak ta partia mogła wszystkim swoim pomóc?

Z partią zetknęłam się jeszcze raz – w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kiedy już ledwo oddychała. Jako matka – Polka wstawałam rano i biegłam do pobliskiego sklepu, zwanego szumnie Delikatesami, po mleko dla dzieci.
I teraz dygresja na temat ówczesnego mleka. Sprzedawane było w szklanych, litrowych butelkach. Dwa rodzaje – tzw. normalne 2% tłuszczu i tzw. pełne 3,2%. Małym dzieciom zalecano podawanie mleka pełnego. Takie czasy, dzieci ruchliwe były i biegały po podwórku. Mleko należało kupić w godzinach rannych. Kupione później, mogło się skwasić i nadawało się wówczas tylko na obiad w postaci ziemniaków z masełkiem i owym kwaśnym, niektórzy mówią zsiadłym, mlekiem, a nie na kaszkę dla potomstwa.
Wstawałam zatem skoro świt i leciałam po te pełne, żeby tę kaszkę na świeżym mleku na śniadanie ugotować. I czasami robiono mnie w jajo. Bo czasami mleko pełne zostawało z poprzedniego dnia. Latem takowe nie miało szans, by dać się następnego dnia przegotować. Panie w sklepie sprzedawały owe wczorajsze jako dzisiejsze. Wystarczyło, że w pośpiechu nie zerknęłam na etykietę z datą sprzedaży, a do domu wracałam z mlekiem nie do zagotowania.
Kiedyś nie wytrzymałam.
Sprawdziłam datę. Wczorajsza. Zapłaciłam. Wsadziłam butelkę do koszyka i prawie biegiem udałam się do gmachu partii, który znajdował się w pobliżu. Wpadłam do pierwszego z brzegu sekretariatu, który był sekretariatem pierwszego sekretarza.
Postawiłam butelkę na stół. Zbulwersowana, zdenerwowana opowiedziałam o kicie wciskanym w Delikatesach.
– Przecież można uprzedzić, że to wczorajsze! Ludzie kupią na zsiadłe! A nie wciskać kobiecie, która zostawiła małe dzieci w domu i pobiegła do mleko dla nich! - wrzeszczałam w pokoju pokazując butelkę.
– W którym to było sklepie?
– Tu, w Delikatesach.
Pani sekretarka poprosiła, bym usiadła i chwilkę poczekała. Weszła do drugiego pokoju. Wróciła z uśmiechem.
– Proszę udać się ponownie do Delikatesów. Mleko zostanie wymienione. I gdyby jeszcze raz zdarzyła się taka sytuacja, proszę nas ponownie zawiadomić. Partia pomaga ludziom.
Oczywiście mleko mi wymieniono. Od tej pory w sklepie patrzono na mnie jak na konfidenta. Naraziłam się ludowi pracującemu, oj naraziłam. Tak na lud pracujący donosić do PZPR-u... A mogłam przecież w imię solidarności kupować to nieświeże mleko.... Bo takie dziwne to były czasy...

Zapis emerytalny

Czy to było rok później, czy dwa lata wcześniej …. w każdym w rodzinie nastąpiło inne zapisanie.
Pewnego oczywiście dnia ojciec wrócił z „piwa” z kolegami i zakomunikował najbliższym:
– Zapisuję się do ZBoWiD-u!
Organizacja owa – Związek Bojowników i Wolność i Demokrację, opinię miała różną. Nie będę interpretowała historii. Byli tacy, co mówili, że kombatantem można zostać za „połówkę”, znaczy się pół litra wódki. W każdym razie deklaracja taty nie zrobiła na nikim wrażenia. Oczywiście, że go to zdenerwowało, bo miał przygotowaną argumentację.
– Nie pytacie dlaczego?
– No dobrze, dlaczego – powtórzyła zasadnicze pytanie mama.
– Bo jest tak...
W tym momencie nastąpiło zawiłe tłumaczenie. Postaram się uczynić je bardziej czytelnym.
Zgodnie z ówczesnymi przepisami co niektórzy mogli przejść na emeryturę po przepracowaniu 40 lat. Jako że Polska Ludowa tylu nie liczyła, do owej czterdziestki zaliczano czas wojny i okupacji. Oczywiście trzeba było udowodnić, że było się wtedy bojownikiem o ową wolność, czyli kombatantem. Oczywiście obowiązkowa była przynależność do ZBoWiD-u, który to decydował o tym, kto nim jest, a kto nie.
Żeby to udowodnić, trzeba było znaleźć dwóch świadków – udokumentowanych bojowników – potwierdzających czynny udział w wojnie.
Takich oto świadków tato znalazł „na piwie” z kolegami. W czasie okupacji mieszkali w pobliżu niego i po kilku butelkach lub kuflach gotowi byli poświadczyć, że mój rodziciel był wówczas aktywny. Tym bardziej, że rzeczywiście moi dziadkowie, czyli babcia i dziadek od strony ojca byli członkami Amii Krajowej.
Następnego dnia tato przyniósł odpowiednie formularze, posadził mnie przy stole i kazał wypełniać.
Doszliśmy oczywiście do rubryki „Walka” i wspólnie ułożyliśmy tekst o działalności nastoletniego wówczas chłopca w szeregach AK. Oto na polecenie rodziców przenosił meldunki. Z jednej wsi do drugiej.
– Pod obstrzałem? - zapytałam fachowo.
– Nie, nikt nie strzelał.
– Ale mógł.
Ojciec załapał.
– Mógł.
Dopisałam „Przenosiłem meldunki narażając się na spotkanie patrolu żandarmerii wojskowej, który inwigilował teren należący do gminy, po której się poruszałem”.
Meldunki przechowywał w bucie, ukryte w skarpecie.
– Może lepiej „w onucy” - zaproponowałam. - Brzmi bardziej wojennie.
Ponownie zgoda.
Potem było coś o przedzieraniu się przez ciemny las i przeżywaniu stresu w związku z możliwością spotkania hitlerowców penetrujących las w poszukiwaniu partyzantów.
I tak dalej i tym podobne. W sumie historia jak wiele innych, które potem tworzyłam. Bo kiedy ojciec został kombatantem, do naszego mieszkania zaczęli przychodzić kolejni kandydaci do wcześniejszej emerytury.
Wniosek taty, z opowieścią napisaną przeze mnie, okazał się hitem. Cóż, zawsze miałam wybujałą fantazję i potrafiłam nieźle pisać.
Ile ja podobnych wniosków napisałam, nie wiem. Historie tworzyłam przeróżne. Od ataku dziesięciolatka z koktajlem Mołotowa na czołgi po zabawę sześciolatka przed budynkiem komendy gestapo mającą na celu obserwację obiektu. Wojskowego oczywiście.
Kiedyś trafił mi się kolega taty „z piwa”, który w 1939 roku miał pięć lat. Chciał koniecznie też rzucać się na czołgi, ale przekonałam go, że to lekkie przegięcie. Tym bardziej, iż mieszkał dość daleko od linii frontu. Stanęło więc na tym, że w 1942, kiedy miał już lat osiem, był łącznikiem.
– I proszę napisać, że brałem wielki koszyk, szłem na grzyby do lasu, zbierałem te grzyby, a na dnie koszyka przemycałem do oddziału partyzanckiego panzerfausta. I szłem w maju.
Pomijając, że „szedłem”, a nie „szłem”, zaczęłam wyjaśniać koledze ojca „z piwa”, że tak być nie może.
– Trzeba pozmieniać. W maju nie ma grzybów. Jagód też nie. Konwalie mógł pan najwyżej zbierać, albo młodą pokrzywę na sałatkę.
– Takiej biedy, żeby pokrzywy jeść to nie było... - zaprzeczył znajomy.
– No to przenosimy akcję na wrzesień.
Pokręcił z niezadowoleniem głową. To było trzy miesiące później....
W działalności kombatanckiej i wcześniejszej emeryturze każdy dzień był ważny. Okres zaliczany do walki o wolność zaliczano podwójnie do stażu pracy. Mój tato udowodnił, że walczył przez dwa lata, zatem liczyło mu się to jak cztery lata pracy.
– To niech będzie 1941!
Pokręciłam głową. Brak znajomości historii w obliczu emerytury był dla mnie przerażający.
– W 1941 roku byli tu Rosjanie....
– Ale we wrześniu już ich nie było!
– A już tu był ruch oporu i regularna partyzantka?
Człowiek się poddał. Zgodził się na grzyby we wrześniu 1942. Niestety, pojawił się drugi problem. Dlaczego panzerfaust?
– Bo wszyscy nosili albo granaty, albo meldunki. Ja chcę panzerfausta w koszu.
– Proszę pana, taki panzer to by się panu w koszu z grzybami nie zmieścił. Do tego jako dziecko nie uniósłby pan tego kosza, tych grzybów i tej broni. Trochę logiki w tym wniosku też musi być. Przecież w ZboWiD-zie nie siedzą idioci.
(Z jakiego to filmu? „Stawka większa niż życie”, czy współczesnego? W każdym razie cytat się przydał)
Pan, w sumie niewielkiego wzrostu, ponownie się zgodził.
– Dobra, niech będą granaty. Ale te duże, takie handgranaty.
Niech będą duże. Ile ich mogło być w takich koszyku niesionym przez ośmioletnie dziecko?
– Napiszemy „kilka handgranatów”. Po prostu pan już nie pamięta. Wiemy, skąd pan niósł te granaty, ale trzeba ustalić dokąd. Tato, podaj mapę powiatu.
Rozłożyliśmy mapę na stole.
– Największe działania oddziałów partyzanckich były tutaj... kto będzie panu podpisywał jako świadek?
– Ja – zgłosił się ojciec.
Aha, on nosił meldunki tu.... zatem.... dobra.
– Te granaty nosił pan do oddziału, z którym współpracował oddział partyzancki, do którego meldunki nosił mój tato.
– A nie mogę nosić do tego samego? Będzie bardziej prawdziwe.
Zaprzeczyłam.
– Za duża odległość do pokonania przez dziecko z koszem pełnym grzybów i granatów.
– A kogo to obchodzi jaka to odległość? I czy to wszystko jest prawdą! Kto nas będzie z tego rozliczał! - wzburzył się kolega „z piwa”.
Spojrzałam na niego okiem przyszłego pedagoga.
– Historię to obchodzi. Historia może was rozliczyć. Może kiedyś wasze wspomnienia będą lekturą obowiązkową?
Panowie zamilkli i pozwoli mi tworzyć historię ich bohaterskiej walki o tę wolność i tę demokrację.
I tak tworzyłam. Czasami się buntowałam. Znajomi ojca zabierali go na kolejne „piwa”, a mnie tylko raz jeden z nich przyniósł czekoladę....
W 1984 mój tato przeszedł na zasłużoną emeryturę po 36 latach pracy i dwóch – liczonych podwójnie – latach walki z hitlerowcami.


Wróć
dodaj komentarz | Komentarze:

Bozena
2020.11.14 09:25:09
IP: 10.255.0.2
Mój tata też należał do ZBOWiD-u. Pełnił tam jakaś funkcję. Wspominal, że do ZBOWiD-u dla korzyści materialnych zapisują się osoby, których w tamtych czasach nie było na świecie. 😊