sowie

Basket and witches czyli sposób na uratowanie polskiej koszykówki

Ostatnio komentowane
Publikowane na tym serwisie komentarze są tylko i wyłącznie osobistymi opiniami użytkowników. Serwis nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich treść. Użytkownik jest świadomy, iż w komentarzach nie może znaleźć się treść zabroniona przez prawo.
Data newsa: 2012-05-11 09:24

Ostatni komentarz: Zostały tylko wspomnienia i wiara że tu wrócimy piłkarze i kibice jak zadawanych lat.
dodany: 2019.05.25 12:46:39
przez: Paulo7860
czytaj więcej
Data newsa: 2011-05-15 20:15

Ostatni komentarz: Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu.............

Wspaniałe!!!
dodany: 2019.03.20 19:01:12
przez: Darek
czytaj więcej
Data newsa: 2016-09-13 16:01

Ostatni komentarz: Super! Bardzo miło się czyta
dodany: 2017.01.06 22:01:25
przez: Jan
czytaj więcej
Data newsa: 2011-10-13 14:20

Ostatni komentarz: Witam.Oczywiscie znam te podpisy na kartce: od gory
7.Leon Klonowski
4.Janusz Lewandowski
9.Mieczyslaw Zenfle
13.Boguslaw Rutecki
10.Jacek Grodecki.
Pozdrawiam .
dodany: 2016.07.29 15:38:52
przez: Jacek Grodecki
czytaj więcej
Data newsa: 2013-04-05 13:18

Ostatni komentarz: Historia jedna z wielu ale prawdziwa.
Panowie w pewnym wieku szukają
gosposi i pielęgniarki.
dodany: 2015.10.02 15:09:05
przez: stokrotka
czytaj więcej
Data newsa: 2012-01-19 11:51

Ostatni komentarz: Ten mail dotarł do mnie na pocztę... autor wyraził zgodę na umieszczenie go wśród komentarzy... co tez czynię
„Dzień dobry Pani Grażyno
Przypadkiem natrafiłem w sieci na Pani teksty dotyczące koszykarzy Górnika Wałbrzych z lat 70-tych. Bardzo mnie to zainteresowało, bo wtedy to byli także moi idole. Sam wówczas też byłem kibicem tego klubu, może bardziej piłkarzy niż koszykarzy, z prostego względu - ojciec był zapalonym kibicem kopanej i chcąc nie chcąc ja też nim zostałem. Nie mieszkałem w Wałbrzychu lecz w Boguszowie. Pierwszą wizytę na stadionie na Nowym Mieście zaliczyłem gdzieś w połowie lat 60-tych, oczywiście pod opieką ojca. Wkrótce też chodziliśmy razem na Zagłębie, które akurat awansowało do pierwszej ligi i możliwość obejrzenia znanych z tv piłkarzy Legii i Górnika Zabrze była na tyle nęcąca, że pomimo kibicowania Górnikowi, odwiedzaliśmy też stadion na Ratuszowej.
Na meczach kosza przy Placu Teatralnym regularnie zacząłem bywać dopiero w 1974 roku, gdy poszedłem do liceum na Sobięcinie. Zawodnikami Górnika, których pamiętam, byli wtedy Zenfler, Krzesiak, rozgrywający Domaradzki z charakterystycznie przechyloną głową, Ignaczak i młodzi Zenon Kozłowski oraz przyszła gwiazda Mieczysław Młynarski. Potem doszedł jeszcze Tadeusz Reschke (wydaje mi się że miał dwóch braci też koszykarzy) i Wojciech Krzykała.
Przez całą średnią szkołę regularnie odwiedzałem halę Górnika i stadiony na Nowym Mieście (do góry przez Park Sobieskiego) i na Białym Kamieniu (często pieszo z Sobięcina) Były to naprawdę dla mnie niezapomniane chwile. To brzmi oklepanie, ale te obiekty wtedy żyły na pełny gaz. Widok pełnych trybun dawał niesamowitego kopa, a po bilety na halę ustawiał się potężne kolejki i naprawdę nie dla wszystkich starczało.
W 1978 roku wyjechałem na studia do Trójmiasta i tu pozostaję do dzisiaj. Niemniej jednak przez wiele lat gdy koszykarze Górnika przyjeżdżali na mecze do Wybrzeża byłem tam stałym gościem i jednym z nielicznych ich kibiców.
Pani historia dotycząca spotkań z nieżyjącym Januszem Krzesiakiem wywołała u mnie jakieś reminiscencje, wydaje mi się że był on mężem mojej nauczycielki z podstawówki w Boguszowie?
Cieszę się, że mogłem przeczytać o Pani przeżyciach związanych z Górnikiem, odświeżyłem swoje wspomnienia, zrozumiałem jak tamte rzeczy były dla mnie ważne i jak wiele dla mnie znaczą do dziś.
Serdecznie pozdrawiam
Andrzej Szatkowski Gdynia.”

dodany: 2015.03.09 14:08:20
przez: Andrzej Gdynia
czytaj więcej
Data newsa: 2012-07-08 11:26

Ostatni komentarz: Zgadza się wszystko co napisała autorka.Zresztą -mieszkaliśmy na tym samym podwórku.Górnik Wałbrzych to było kiedyś (niestety dawno,dawno temu) COŚ dla Wałbrzycha .Piłka nożna,lekkoatletyka,kolarstwo, ,koszykówka,biathlon i jeszcze inne dyscypliny sportowe.Stadion tętnił życiem.Na mecze przychodziło tysiące ludzi.Tak,tak,pamiętam mecze 1 ligi.Szacowano że było na nich około 35-40 tysięcy widzów.Tak jak wcześniej opisano,kibice byli wszędzie.Na drzewach, dachach,w oknach pobliskiego szpitala,część stała na koronie stadionu,szał!!!.Przychodziły całe rodziny niejednokrotnie z maleńkimi dziećmi.Nikt się wtedy nie obawiał, że może być jakaś "zadyma".Owszem pamiętam były i "środki dopingujące"-flaszeczka robiona pod ławką.Wszystko jednak z kulturą .Obiekt (zespół obiektów)zniknął z powierzchni tego miasta.To co pozostało -murawa, jest obecnie staraniem grupy zapaleńców wykorzystywane (na szczęście) do meczów i treningów tej grupki ludzi.Chwała im za to!.Basen przestał istnieć(podobnie jak pozostałe trzy obiekty -Podgórze,Szczawienko,Szczawno Zdrój oraz kryty basen na ul.Małej.
Kolarstwo. Wyścigi odbywały się na trasie ulicami Lotników,Batorego,Namysłowskiego,Ogińskiego,Olimpijska.To była taka pętla.Wyścig Pokoju miał zakończenie na stadionie Górnika (jeden raz).
Tak,ten obiekt i ten klub na trwałe wpisał się w historii tego miasta -Wałbrzycha .
Niestety nie ma możliwości dodania fotek,ale może wspólnymi siłami z autorką ... ?
Tak,DAWNYCH WSPOMNIEŃ CZAR .
Tylko dlaczego tylko wspomnień ????
dodany: 2013.06.03 12:05:46
przez: ZIOMAL .
czytaj więcej
Rozdział X - Jak przekonać czarownice
2009-11-27 08:04

Finałowe rozgrywki rozpoczęły się tym razem w hali „Wichru Hali”. Grano jak zwykle do czterech zwycięstw, z tym że kolejność meczy ustalono inaczej niż tradycyjnie. Związek Koszykówki uznał, iż skoro rozgrywki pełne są już i tak niespodzianek, można pozwolić sobie na niespodzianą decyzję. Panowie z koszykarskiej centrali postanowili trochę zaszaleć. Mówiono co prawda, że całą sprawę załatwił zarząd „Wichru Hali” w osobie sponsora, ale nikt nikogo za rękę nie złapał, nie zachowały się żadne nagrania magnetofonowe i nie było podstaw, żeby sprawą zajęła się prokuratura. Mecze miały odbywać się według porządku ustalanego z meczu na mecz. Miało być ich oczywiście siedem, a decydujący o mistrzowskim tytule miał być rozegrany oczywiście w hali „Wichru”. U siebie oczywiście „Wicher” wygrywa, na wyjeździe przegrywa – taką umowę zawarto z czarownicami. W ten sposób klubowa kasa zapełni się pieniędzmi z kieszeni kibiców, którzy tłumnie będą walić na wszystkie mecze swych pupilków.


Tymczasem Neta i Beta zaplanowały coś zgoła innego. Pierwszy mecz na swoim boisku „Wicher” miał przegrać. Czarownice nie zamierzały pomagać drużynie. Stanęły wśród szalikowców i przysłuchiwały się przedmeczowym dyskusjom. Kibice byli pewni na 200%, że „Wicher” pokona „Połamane Obręcze” już w pierwszym spotkaniu.
Panowie z zarządu, o dziwo, wraz z sekretarką, siedzieli jak zwykle na honorowych miejscach i komunikowali wokół, że są już mistrzami kraju. Trener udzielał kolejnych wywiadów, tym razem nie dając dojść do głosu dziennikarzom.
- Szanowni państwo, mistrzowski tytuł już jest nasz. Trzeba tylko zgodnie z regulaminem rozegrać te kilka meczy, ale mówię wam, tytuł jest nasz. Pracujemy, trenujemy, gramy i oto są efekty. Nasza drużyna przeszła cudowną metamorfozę i to widać po wynikach. A tak w ogóle o czym tu więcej mówić. Jesteśmy znakomici i tyle, tak więc wygramy dzisiaj, jutro i pojutrze. Wygramy wszystko, co jest do wygrania i proszę nie zadawać pytań, bo jesteśmy bardzo dobrze przygotowani do ostatnich meczy i mamy taktykę najlepszą w kraju, a może nawet w całej Europie...
Trener zachwalał drużynę i klub jeszcze przez dobre 20 minut. Nawet wówczas, kiedy dziennikarze wyłączyli dyktafony i przestali zapisywać.
- Nie wygramy – ryzykownie stwierdziła Neta patrząc na dorosłego szalikowca ze szpakowatymi włosami, który stał obok niej.
- Co gadasz? Ostatnio nasi grali wspaniale. Widziałaś te rzuty i bloki?
- Coś ty taki nerwowy. A pamiętasz pierwsze mecze w play offie? Co się wtedy działo? Byli w zmowie z diabłami – podsycała atmosferę klęski czarownica.
- Z aniołami – ryknął kibic.
Ciarki przeszły po ciele Nety i Bety:
- Z diabłami.
Kibic spojrzał bardzo agresywnie:
- Ty, a po co tu przyszłaś tak w ogóle. Jak nie jesteś z nami to jesteś przeciwko nam. Nie rozsiewaj takiej propagandy. Machaj szalikiem.
Neta pomachała, ale bez wiary w zwycięstwo:
- Są bez szans – szepnęła w stronę Beta – Oglądałam „Połamane Obręcze” na żywo. To znakomity zespół. Bez naszej pomocy nie wygrają.
- Mam taką nadzieję... - odszeptała Beta.
- Przyjdą prosić nas o pomoc – uśmiechnęła się Neta. Beta również diabelsko rozciągnęła wargi. – I to jest to!
Plan czarownic był zatem prosty i nieskomplikowany. Gdy drużyna przegra, koszykarze przekonają się, że moc diabelska jest im niezbędna. A wtedy czarownice będą dyktowały warunki.
Teraz jednak ich miejsce w tłumie szalikowców było zagrożone. Zdenerwowany pełnoletni kibic nadal patrzył podejrzliwie:
- No! Machać! Krzyczeć! – rozkazywał.
„ A niech tam. Można pomachać i pokrzyczeć – pomyślała Neta – dla diabelskiego spokoju. Niech się facio nie rzuca”
Wraz z Betą zaczęła energicznie machać szalikiem i wykrzykiwać hasła „Złamać obręcze”, „Wicher mistrzem” i „Trener na prezydenta”.

Pierwszy gwizdek sędziego i piłka dla „Wichru”. Tadek podał ja od razu Januszowi i pobiegł w stronę pola trzech sekund. Janusz rozejrzał się dokładnie i szybko kozłując udał się w okolice własnego kosza. Kilka podań po obwodzie. Piłka ponownie w rękach rozgrywającego. Dojrzał wyciągnięte pod koszem ręce Tadka. Rzucił mu piłkę. Ten bez zastanowienia umieścił ja w koszu. Pierwsze punkty dla „Wichru”. Przeciwnik nie pozostał jednak dłużny. Sprawna akcja i 2:2.
I tak toczyła się pierwsza i druga połowa spotkania. Zawodnicy obu drużyn skutecznie strzelali i bronili. Praktycznie cały czas na tablicy widniał remis. „Obręcze” za trzy, „Wicher” to samo. Tadek wsadza piłkę z góry do kosza, center rywala też.
Neta i Beta całkowicie zapomniały o swym planie. Poniosły ich emocje i razem z szalikowcami dopingowały zawodników „Wichru”. Krzyczały nawet głośniej niż fanatyczny kibic w wieku dojrzałym. Od machania szalikami rozbolały je ręce.
Pierwsza połowa zaciętego i stojącego na wysokim poziomie meczu zakończyła się remisem. Tadek i Janusz zmęczeni, ale szczęśliwi schodzili z boiska do szatni.
- Słuchaj Janusz, czy te diabły są na sali?
Janusz rozejrzał się dyskretnie.
- Diabli wiedzą.
- Ja wiem, że one wiedzą. Pytam, czy ty coś widzisz? Mnie się wydaje, ze gramy bez tej diabelskiej pomocy.
- Ja jestem tego niemal pewny.
- A jeśli one znowu coś kombinują? – zaniepokoił się Tadek.
Janusz machnął ręką.
- Nieważne. Trzeba grać tak, jakby ich w ogóle nie było. Modlę się od czasu do czasu na boisku. Też rób to samo. Nie podejdą wtedy do nas.
Trzecia i czwarta kwarta była jeszcze lepsza. Zwłaszcza w wykonaniu „Wichru”. Szybkie tempo kondycyjnie lepiej wytrzymali zawodnicy tej drużyny. Janusz znakomicie kierował grą i celnie rzucał za trzy punkty. Na Tadka pod koszem nie było mocnych. Przewaga „Wichru” stopniowo rosła.
- Neta, oni są wspaniali – krzyczała rozbawiona Beta.
- Niesamowicie! Lepsi niż ci z NBA.
- A nie mówiłem, że są najlepsi! – przypomniał się zachrypnięty kibic.
- Wygrają! Wygrają ten mecz! Wicher! Wicher! – darły się czarownice wraz z uradowanymi kibicami.
Rzeczywiście „Wicher” po znakomitym meczu, ocenionym przez fachowców z koszykarskiej centrali, jako „najlepszy mecz sezonu”, pokonał „Połamane Obręcze” 87:77. Po meczu kibice długo wiwatowali na cześć swych ulubieńców. Neta i Beta też odśpiewały „Sto lat” i „ Niech im gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie”. Dopiero kiedy opuściły halę, miny im posmutniały.
- Wygrali bez naszej pomocy. Wiesz co to znaczy ?
Beta wiedziała:
- Nie przyjdą nas o nic prosić.
- Właśnie ...
Spuściły głowy i poszły w kierunku przystanku autobusowego. Nie miały ochoty na jazdę taksówką czy czarodziejskie metody przemieszczania się z miejsca na miejsce. Nie wiedziały, że Tadek i Janusz wcale tak do końca nie byli pewni, czy mecz wygrali sami, czy z diabelska pomocą.
Stali przy swych samochodach i głośno myśleli:
- Janusz, trzeba się przekonać, że wygraliśmy sami. Jedziemy do tych diablic.
Janusz miał wątpliwości:
- A jeśli znowu nam coś zrobią?
- Bądź facetem! Bab się boisz? – zawstydził go kolega.
Wsiedli do aut i pojechali w stronę betonowego osiedla.

Czarownice tymczasem siedziały w pokoju i czyściły miotły. Wcześniej sprawdziły silniki, teraz delikatnie wycierały kije. W związku z tymi czynnościami w mieszkaniu panował totalny bajzel. Na podłodze leżały szmaty, na stole stało mleczko do szorowania marki „Szoru, szoru”, w kuchni zlewozmywak zapełniony był brudnymi naczyniami. I choć jedno mrugniecie okiem uporządkowałoby bałagan, żadna z dziewczyn nie uczyniła tego. Były w dziwnym nastroju. Z jednej strony radość – zwycięstwo drużyny w znakomitym stylu, co przede wszystkim Neta, jak znawczyni koszykówki, bardzo doceniała; z drugiej strony – strata ukochanych sportowców.
- Skończyła się nasza misja. Drużyna potrafi wygrywać bez nas – stwierdziła smutno Neta. – Wracamy na Księżyc.
- Jeszcze nie. Poczekajmy, szkoda opuścić takie dobre rozgrywki.
- A co dalej ... – spytała drżącym głosem Beta.
Neta, wycierając szmatą główny kij miotły, odpowiedziała bez wahania:
- Trzeba się w końcu ustatkować. Wyjść za diabła. Który twoim zdaniem jest najprzystojniejszy?
- Myślę, że Dracula. Kiedyś próbował mnie uwieść.
- Nie miałabym do niego zaufania. Nocami włóczy się po Ziemi i wypija krew z ziemianek, pewnie też i sypia z nimi. – ostrzegła lojalnie koleżankę Neta. Beta przyznała jej rację.
- Zgadza się. A co myślisz o Borucie?
- Ten wieśniak? Półgłupek? Ujemny iloraz inteligencji? – oburzyła się Neta – Słyszałaś jak on mówi? Całe życie stałabyś przy kotle i słuchała „chco, muszo, dziurkie, nogamy, rękamy, dupamy” ...
- Też racja. Niedawno widziałam synalka Twardowskiego. Niczego sobie diabełek. Tyle, że młody smarkacz. Na siłowni świetnie się prezentuje. Mięśnie ma bardzo rozwinięte.
- Sterydy moja droga, sterydy. Jedzie na tym koksie już od 50 lat. Był pierwszym, który testował sterydy w byłej NRD. Przeszedł testy pomyślnie, dlatego zaczęli je tam stosować masowo. Biedacy z dawnego demoludu, nie wiedzieli, że to był diabeł, a nie człowiek i dlatego ich sportowcy mieli potem tyle wpadek z dopingiem.
- Słuchaj Neta, a jak właściwie Twardowski został ojcem?
- Długa i smutna historia. Po pokazaniu królowi Zygmuntowi, temu z Krakowa, Baśki, tej od Radziwiłłów, szef musiał zabrać ją do piekła, chciał ukryć ją przed tymi z góry. No i Baśka siedziała w tym piekle. A kobieta była z niej energiczna, z temperamentem, Twardowski był też młody, no to się dogadali i sypiali ze sobą. Gdy szef wylądował na Księżycu, chciał, żeby Basia też tam się znalazła, ale ona wolała do góry. Ten król tam poszedł, więc zostawiła naszego władcę dla tego z koroną. Tamten wybaczył jej nawet posiadanie potomstwa czyli synka. Twardowski mocno przeżył rozstanie z Baśką i synkiem. Na szczęście dla niego synek wdał się w rodzonego tatusia i mamusia odesłała go do wszystkich diabłów. Ale nasz mistrz od tamtej pory nie zadaje się z rodzajem żeńskim, naciął się biedak i baby go nie interesują.
- Aha, teraz już wiem. Niektórzy w piekle mówią, że on jest homo nie wiadomo, bo ciągle z tym Borutą przebywa.
- Głupoty gadają. Facet przeżył nieszczęśliwą miłość i tyle.
- A jak to się stało, że wylądował na Księżycu? Przecież uciekał przed diabłami?
Neta odłożyła miotłę. Lubiła opowiadać stare historie.
- Rzeczywiście, uciekał przed diabłem, Mefistofeles ten biedak się nazywał. Marnie skończył. Tam poszedł – wskazała górę – a szef po prostu go przechytrzył. Była afera na całe piekło. Ówczesny władca Lucyper nie wytrzymał upokorzenia, jakim było pokonanie diabła przez człowieka i padł na zawał serca. Nie zostawił żadnego potomka. Diabły więc obwołały królem Twardowskiego, który dysponował większą mocą niż one. Szczerze mówiąc wśród tej całej piekielnej bandy szef jest najlepszy... poważny, bogaty, jeszcze całkiem przystojny, nawet łysinę ma niewielką.....
- Neta, chcesz wyjść za szefa? – zapytała z niedowierzaniem Beta.
- A czemu by nie? Co to ja gorsza od tej Baśki z Litwy?
W tej chwili rozległ się dzwonek u drzwi. Neta dała znak Becie, żeby niewidzialnie przeniknęła przez drzwi i sprawdziła, kto stoi pod drzwiami.
- To oni! – prawie krzyknęła Beta wychodząc ze ściany.
- Otwieraj – zadecydowała Neta.
Koszykarze weszli do przedpokoju. Zdjęli buty i kurtki.
- Cześć dziewczyny, a może wolicie „Cześć diablice”?
- Cześć – uprzejmie ale chłodno odpowiedziała Neta – A co wolimy to nasz biznes.
- Szykujecie się do odlotu na Łysą Górę? – zapytał drwiącym głosem Janusz.
- Nie, na Księżyc. Sabaty wyszły z mody, a na Łysej Górze jest zbyt wielu turystów, zwłaszcza mężczyzn – oznajmiła Beta, też chłodno i bardziej zgryźliwie.
- No, no czasy się zmieniają. Sabaty nie w modzie, cyrografy wyszły z użycia. Ale bałagan pozostał. Bajzel w tym waszym mieszkaniu – zauważył Tadek próbując znaleźć miejsce, aby gdzieś usiąść.
Neta z mety odpaliła:
- Taki sam jak u ciebie.
Zaległa kłopotliwa cisza. Koszykarze uprzątnęli z foteli brudne szmaty, czyli zrzucili je na podłogę i usiedli.
- Gratuluję zwycięstwa – przerwała milczenie starsza z czarownic.
- Nie maczałyście w tym palców? – Janusz rzucił na czarownice podejrzliwe spojrzenie.
- A co, za dobrze wam poszło? Macie wątpliwości co do swojej sportowej formy? Poprzednio kiedy rozmawialiśmy byliście bardzo pewni siebie – syknęła Neta. Wprawiła tym sportowców w lekkie zakłopotanie.
- Już sami nie wiemy, co tu jest grane – zwątpił Tadek.
Neta zaśmiała się.
- Bez wątpienia gra ekstraklasa koszykówki. Ja tam wątpliwości nie mam. Ale będziemy dzisiaj wyjątkowo dobre i powiemy wam prawdę. Chciałyśmy żebyście przegrali i niczego dziś nie robiłyśmy.
- Jesteście cudowne! – krzyknął Janusz.
Beta wzięła miotłę do ręki. Delikatnie zaczęła głaskać ją dłonią.
- Cudowne? Czyżby? Niedawno mówiliście co innego. Cóż, faceci wszędzie są tacy sami, mówią to, co im wygodnie.
- Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr – próbował wyjaśnić poprzednią postawę Tadek – Wierzymy, że nam nie pomogłyście.
- I dobrze się stało. Gracie całkiem przyzwoicie.
- Neta, gramy bardzo dobrze – stwierdził Janusz.
- Bez przesady. NBA to wy jeszcze nie jesteście. Jeden mecz nie świadczy o umiejętnościach. Może ten mecz wam po prostu wyszedł, może to rywal był słabszy? – diabelska znawczyni koszykówki zasiała ziarno wątpliwości. Zawodnicy machnęli ręką.
- Nie licytujmy się. Wygraliśmy i to się liczy. Właściwie to przyjechaliśmy pogadać o następnych meczach – szybko przeszedł do konkretów Tadek.
Dziewczyny odłożyły miotły. Wytarły dłonie o szmaty, którymi czyściły swe pojazdy. Neta spojrzała Tadkowi prosto w oczy:
- Mówiłyśmy wam, w jakiej jesteśmy sytuacji. Jeśli nie zdobędziecie tytuły mistrza, zostaniemy wyklęte. Ja już po raz drugi. Nie chcę wracać do wygasłego wulkanu. Żyłam w nim ponad 100 lat. To zupełnie wystarczy. A poza tym, jeśli nie wygracie, to nie dość, że nas wyklną. Nie wyjdziemy również za mąż, nie będziemy miały dzieci, żaden diabeł nas nie zechce. Czy wy myślicie, że my chcemy całe życie spędzić w samotności?
- W wygasłym wulkanie? – dodała Beta.
Drugi argument nie przekonał Tadka.
- To chyba żaden problem. Zostańcie na Ziemi. Jesteście całkiem fajne laski.
Beta podeszła do Nety i cicho szepnęła:
- Skurcze mnie łapią.
- Cicho, mnie też – odszeptała Neta. Nie dała jednak poznać po sobie wzmagającego się podniecenia. Założyła nogę na nogę i pewnym, zdecydowanym głosem rzekła:
- O, co to, to nie. Nie zostaniemy. Związek z ludzkim facetem oznacza utratę mocy czarodziejskiej. A dla byle jakiego ziemskiego osobnika płci męskiej nie zamierzamy mocy tracić. Prawda Beta?
Beta kiwnęła głową na znak, że „Tak” i położyła dłoń na swym brzuchu. Sportowcy nie zauważyli podniecenia czarownic.
- Pójdźmy zatem na ugodę – zaproponował Tadek – Pomogłyście nam, to fakt. Uwierzyliśmy w siebie i jesteśmy w stanie wygrać dwa kolejne mecze. Zrobimy to dla was.
- A jak się nie uda?
- Musi się udać – Janusz poklepał Betę po ramieniu.
- Miało być siedem meczy, żeby się kasa zapełniła – przypomniała Neta.
- Będą cztery. I cztery zwycięskie. Potem coś wspólnie wymyślimy, żeby wytłumaczyć wszystko waszemu szefowi.
Neta podała Tadkowi dłoń:
- Dobra, zgadzamy się, ale pod jednym warunkiem. Jeśli będziecie przegrywać, wkraczamy do akcji. Wasza głowa w tym, żebyśmy nie musiały grać za was.
Tadek potrząsnął dłonią Nety:
- Zgoda. A na mecz przylecicie tym? – wskazał na miotły.
- Miotły zabieramy zawsze ze sobą, ale jedziemy z wami – wyjaśniła Beta.
- Z nami? – zdziwił się Janusz.
- Tak, na dachu autokaru.


Wróć
dodaj komentarz | Komentarze: