sowie

Basket and witches czyli sposób na uratowanie polskiej koszykówki

Ostatnio komentowane
Publikowane na tym serwisie komentarze są tylko i wyłącznie osobistymi opiniami użytkowników. Serwis nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich treść. Użytkownik jest świadomy, iż w komentarzach nie może znaleźć się treść zabroniona przez prawo.
Data newsa: 2012-05-11 09:24

Ostatni komentarz: Zostały tylko wspomnienia i wiara że tu wrócimy piłkarze i kibice jak zadawanych lat.
dodany: 2019.05.25 12:46:39
przez: Paulo7860
czytaj więcej
Data newsa: 2011-05-15 20:15

Ostatni komentarz: Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu.............

Wspaniałe!!!
dodany: 2019.03.20 19:01:12
przez: Darek
czytaj więcej
Data newsa: 2016-09-13 16:01

Ostatni komentarz: Super! Bardzo miło się czyta
dodany: 2017.01.06 22:01:25
przez: Jan
czytaj więcej
Data newsa: 2011-10-13 14:20

Ostatni komentarz: Witam.Oczywiscie znam te podpisy na kartce: od gory
7.Leon Klonowski
4.Janusz Lewandowski
9.Mieczyslaw Zenfle
13.Boguslaw Rutecki
10.Jacek Grodecki.
Pozdrawiam .
dodany: 2016.07.29 15:38:52
przez: Jacek Grodecki
czytaj więcej
Data newsa: 2013-04-05 13:18

Ostatni komentarz: Historia jedna z wielu ale prawdziwa.
Panowie w pewnym wieku szukają
gosposi i pielęgniarki.
dodany: 2015.10.02 15:09:05
przez: stokrotka
czytaj więcej
Data newsa: 2012-01-19 11:51

Ostatni komentarz: Ten mail dotarł do mnie na pocztę... autor wyraził zgodę na umieszczenie go wśród komentarzy... co tez czynię
„Dzień dobry Pani Grażyno
Przypadkiem natrafiłem w sieci na Pani teksty dotyczące koszykarzy Górnika Wałbrzych z lat 70-tych. Bardzo mnie to zainteresowało, bo wtedy to byli także moi idole. Sam wówczas też byłem kibicem tego klubu, może bardziej piłkarzy niż koszykarzy, z prostego względu - ojciec był zapalonym kibicem kopanej i chcąc nie chcąc ja też nim zostałem. Nie mieszkałem w Wałbrzychu lecz w Boguszowie. Pierwszą wizytę na stadionie na Nowym Mieście zaliczyłem gdzieś w połowie lat 60-tych, oczywiście pod opieką ojca. Wkrótce też chodziliśmy razem na Zagłębie, które akurat awansowało do pierwszej ligi i możliwość obejrzenia znanych z tv piłkarzy Legii i Górnika Zabrze była na tyle nęcąca, że pomimo kibicowania Górnikowi, odwiedzaliśmy też stadion na Ratuszowej.
Na meczach kosza przy Placu Teatralnym regularnie zacząłem bywać dopiero w 1974 roku, gdy poszedłem do liceum na Sobięcinie. Zawodnikami Górnika, których pamiętam, byli wtedy Zenfler, Krzesiak, rozgrywający Domaradzki z charakterystycznie przechyloną głową, Ignaczak i młodzi Zenon Kozłowski oraz przyszła gwiazda Mieczysław Młynarski. Potem doszedł jeszcze Tadeusz Reschke (wydaje mi się że miał dwóch braci też koszykarzy) i Wojciech Krzykała.
Przez całą średnią szkołę regularnie odwiedzałem halę Górnika i stadiony na Nowym Mieście (do góry przez Park Sobieskiego) i na Białym Kamieniu (często pieszo z Sobięcina) Były to naprawdę dla mnie niezapomniane chwile. To brzmi oklepanie, ale te obiekty wtedy żyły na pełny gaz. Widok pełnych trybun dawał niesamowitego kopa, a po bilety na halę ustawiał się potężne kolejki i naprawdę nie dla wszystkich starczało.
W 1978 roku wyjechałem na studia do Trójmiasta i tu pozostaję do dzisiaj. Niemniej jednak przez wiele lat gdy koszykarze Górnika przyjeżdżali na mecze do Wybrzeża byłem tam stałym gościem i jednym z nielicznych ich kibiców.
Pani historia dotycząca spotkań z nieżyjącym Januszem Krzesiakiem wywołała u mnie jakieś reminiscencje, wydaje mi się że był on mężem mojej nauczycielki z podstawówki w Boguszowie?
Cieszę się, że mogłem przeczytać o Pani przeżyciach związanych z Górnikiem, odświeżyłem swoje wspomnienia, zrozumiałem jak tamte rzeczy były dla mnie ważne i jak wiele dla mnie znaczą do dziś.
Serdecznie pozdrawiam
Andrzej Szatkowski Gdynia.”

dodany: 2015.03.09 14:08:20
przez: Andrzej Gdynia
czytaj więcej
Data newsa: 2012-07-08 11:26

Ostatni komentarz: Zgadza się wszystko co napisała autorka.Zresztą -mieszkaliśmy na tym samym podwórku.Górnik Wałbrzych to było kiedyś (niestety dawno,dawno temu) COŚ dla Wałbrzycha .Piłka nożna,lekkoatletyka,kolarstwo, ,koszykówka,biathlon i jeszcze inne dyscypliny sportowe.Stadion tętnił życiem.Na mecze przychodziło tysiące ludzi.Tak,tak,pamiętam mecze 1 ligi.Szacowano że było na nich około 35-40 tysięcy widzów.Tak jak wcześniej opisano,kibice byli wszędzie.Na drzewach, dachach,w oknach pobliskiego szpitala,część stała na koronie stadionu,szał!!!.Przychodziły całe rodziny niejednokrotnie z maleńkimi dziećmi.Nikt się wtedy nie obawiał, że może być jakaś "zadyma".Owszem pamiętam były i "środki dopingujące"-flaszeczka robiona pod ławką.Wszystko jednak z kulturą .Obiekt (zespół obiektów)zniknął z powierzchni tego miasta.To co pozostało -murawa, jest obecnie staraniem grupy zapaleńców wykorzystywane (na szczęście) do meczów i treningów tej grupki ludzi.Chwała im za to!.Basen przestał istnieć(podobnie jak pozostałe trzy obiekty -Podgórze,Szczawienko,Szczawno Zdrój oraz kryty basen na ul.Małej.
Kolarstwo. Wyścigi odbywały się na trasie ulicami Lotników,Batorego,Namysłowskiego,Ogińskiego,Olimpijska.To była taka pętla.Wyścig Pokoju miał zakończenie na stadionie Górnika (jeden raz).
Tak,ten obiekt i ten klub na trwałe wpisał się w historii tego miasta -Wałbrzycha .
Niestety nie ma możliwości dodania fotek,ale może wspólnymi siłami z autorką ... ?
Tak,DAWNYCH WSPOMNIEŃ CZAR .
Tylko dlaczego tylko wspomnień ????
dodany: 2013.06.03 12:05:46
przez: ZIOMAL .
czytaj więcej
Rozdział IV - Jak wygrać mecz
2009-11-27 08:10

W hali „Wichru” na pół godziny przed rozpoczęciem trzeciego meczu o wejście do następnej rundy rozgrywek nie było gdzie wetknąć szpilki. Kibice tłumnie przybyli, by obejrzeć wielki triumf swoich pupilków. Po dwukrotnym zwycięstwie nad „Szałem Wsadów” zawodnicy byli o krok od sprawienia największej niespodzianki w sezonie - wyeliminowania z dalszych gier aktualnego jeszcze Mistrza Kraju,
Stolik dla prasy był oblężony. Przybyli dziennikarze z najpoważniejszych sportowych dzienników i czasopism. Po parkiecie krążyli reporterzy telewizyjni i radiowi.


Gdy zjawili się zawodnicy i trener, natychmiast pojawili się wokół nich ludzie z kamerami i mikrofonami. Trener energicznym ruchem dłoni wskazał zawodnikom boisko, sam zaś poprawił fryzurę, czyli pogłaskał się po łysinie, zalotnie się uśmiechnął i rzekł:
- Można pytać.
Kamery i mikrofony poszły w ruch. Reporterzy przekrzykiwali się:
- Panie trenerze, jak to się stało, że „Wicher Hali” dwa razy pokonał „Szał”
na jego własnym boisku?
- Trenowaliśmy.
- Drużyna jednak nie zmieniła ani stylu gry ani zawodników.
- Nie, nie zmieniła.
- A może zatrudniono psychologa?
- Może.
Beta i Neta przybrały niewidzialną postać i stanęły przy trenerze i sponsorze. Miały, przynajmniej wrażenie, że są w telewizji. Korciło je, żeby się pokazać, ale rozsądek nakazywał niewidzialność. Zadanie nie zostało jeszcze wykonane.
- Obserwowałem tamte mecze. Ich przebieg był sensacyjny. Piłka sama wlatywała do kosza.
- Tak, sama wlatywała - potwierdził trener.
- Czyżby pomagał pańskiej drużynie Bóg?
- Nie. Diabeł, szanowny panie, a właściwie dwie diablice.
Niewidzialna Neta nie wytrzymała. Pięścią uderzyła trenera w brzuch. Ten zgiął się wpół i jąknął przeraźliwie.
- Zamknij się, bo drugi raz przyłożę mocniej. Ani słowa o nas - syknęła szeptem do ucha. Trener jęczał:
- Boli, boli.
- Czy to nerwy? - dopytywał się dziennikarz z radia podsuwając zgiętemu trenerowi mikrofon.
- Nie, brzuch.
- Rozumiem. Stres przedmeczowy wywołuje u pana ból brzucha.
- No.
- Czy tak jest zawsze?
- Nie, tylko wtedy, gdy wali mnie w brzuch diab...
Neta przyłożyła mu w plecy. Trener gwałtownie wyprostował się.
- Co ci powiedziałam! Morda na kłódkę!
Jako, że bolało go już równo i brzuch, i plecy, odetchnął głęboko i pewnym głosem oznajmił:
- To znaczy zawsze.
- A może stosujecie jakieś środki dopingujące?
- Tak.
- Czyli jakie?
- Takie.
- Proszę państwa – szybko zabrał głos przybyły przed kamery sponsor - wygrywamy mecze, gdyż zawodnicy piją regularnie napój zdrowotny „Wicher Hali”.
- Piją go już od trzech sezonów i do tej pory nie wygrywali w takim stylu. Ten napój ma opóźnione działanie!
- Proszę państwa, załodze mojej wytwórni bardzo zależy na dobrej grze drużyny. W naszym laboratorium naukowcy opracowali nowy skład napoju i oto efekty.
- To wytwórnia ma laboratorium? Od kiedy? Gdzie?– dziwili się dziennikarze. Do tej pory kojarzyła im się jedynie ze starymi barakami dawnej rozlewni wina marki wino.
- Zawsze prowadziliśmy prace naukowe. A gdzie? Wybaczą państwo, to tajna wiadomość, a konkurencja czuwa. Zapraszam na mecz.
Chwycił trenera za ramię i skierował go w stronę ławki rezerwowych:
- Panie, uspokój się pan i nie gadaj o tych diabłach, bo zerwą umowę na zdobycie mistrzostwa kraju.
Trener posłusznie udał się w stronę tej części boiska, gdzie rozgrzewali się jego zawodnicy. Obolały usiadł na ławce. Jedną ręką zaczął masować brzuch, drugą próbował plecy.
Tymczasem Neta i Beta przybrawszy postać widzialną, wcisnęły się do grupy szalikowców. Żeby nie być od nich gorsze, szybko wyczarowały sobie klubowe szaliki i zaczęły nimi machać.
Na parkiecie trwała rozgrzewka. Wysoki blondyn, center „Wichru” rozłożył się na boisku i energicznie dotykał głową kolan. Obok niego to samo ćwiczenie wykonywał rozgrywający.
- Janusz, ciekawe czy dzisiaj przeciwnicy znowu stracą równowagę? - zapytał center wstając z parkietu.
Niski rozgrywający uczynił to samo:
- I rozłożą się na pustej drodze. Wiesz Tadek, nie rozumiem jak można przewrócić się idąc po boisku. Obaj zaczęli machać rękoma.
- Widocznie można. - uśmiechnął się Tadek.
Janusz wykonując skłony nadal nie rozumiał przebiegu dwóch ostatnich meczy:
- A dlaczego piłka zmieniała kierunek i wpadała sama do naszego kosza?
- Widocznie w sali były korzystne wibracje.
- Ha, ha, masz rację. To jedyne sensowne wytłumaczenie. Wibracje albo siły nieczyste - roześmiał się Janusz rozgrzewając nadgarstki.
- Nie bądź taki niedowiarek. Słyszałem, że coś takiego jak diabeł istnieje.
- A może to Bóg?
- Który? Chyba ten z Olimpu. On był od sportu. Na pewno nie chrześcijański. Zresztą nie mieszajmy Boga do koszykówki. Ma ważniejsze sprawy na głowie.
- Masz rację. Mieliśmy po prostu szczęście.
- Albo własnego diabełka, który pokłócił się z diabełkiem przeciwnika. Bierz piłkę, porzucamy.
Tymczasem dwa diabełki nadal stały wśród kibiców - szalikowców i machały szalikami. Beta wpatrzona była w Janusza i oblizywała usta. Neta spoglądając na Tadka miała ochota zrobić to samo, ale zabrakło jej odwagi. Westchnęła więc tylko raz i krzyczała razem z tłumem:
- „Wicher” do boju, „Szał” do gnoju!
Na boisko weszli sędziowie. Zawodnicy skupili się wokół swoich trenerów.
Trener Wichru, trzymając się nadal za brzuch, nie miał wiele do powiedzenia swoim zawodnikom:
- Łapać, skakać i grać. Mecz sam się zrobi.
Zawodnicy uznali te wskazówki za dowód zaufania i pewnym krokiem pierwsza piątka wyszła na parkiet.
Ich pewność została poważnie zachwiana po dziesięciu minutach pierwszej połowy. Przegrywali 21:5.”Szał Wsadów” praktycznie nie dopuszczał ich do kosza, sam mając prawie 100% skuteczności. Widownia milczała.
To był sygnał dla Beta i Nety. Mruknęły pod nosem zaklęcie, stały się niewidzialne i szybko pofrunęły na boisko. Kibice, obok których stały, otworzyli szeroko oczy. Przeraziło ich zniknięcie dwóch dziewczyn. Zaczęli jednak dopingować ponownie:
- Wicher, Wicher mistrzem jest!
Niewidzialna Neta ustawiła Betę na linii bocznej boiska:
- Podstawiaj tamtym nogi, tak jak poprzednio.
Rozpędzony zawodnik wpadł prosto na Betę. Jęknęli oboje. Przerażony mężczyzna wypuścił piłkę z ręki.
- Ile razy mam powtarzać. Nie wtedy, kiedy biegnie. Podstawiaj, gdy spokojnie kozłuje.
Beta przytaknęła i przystąpiła do akcji. Od tej pory zawodnicy „Szału” rzeczywiście potykali się idąc po boisku.
Neta zajęła pozycję w środku boiska. Miała więcej koszykarskiego doświadczenia i z łatwością przechwytywała podania przeciwników. Podawała piłki zawodnikom „Wichru” lub sama rzucała do kosza. Praktycznie to ona zdobywała punkty.
Widzowie byli świadkami niesamowitych scen. Piłka zatrzymywała się w połowie drogi i trafiała sama do kosza. Zawodnicy „Wichru” stali z wyciągniętymi rękoma, gdyż nie wiedzieli, czy akurat jakieś podanie nie trafi do któregoś z nich.
Beta spacerowała po boisku i unikała starć z biegnącymi koszykarzami. Podstawiwszy po raz który z rzędu nogę, szepnęła do ucha leżącemu zawodnikowi:
- No i masz chłopcze za swoje.Nie zadzieraj z nami.
Tym razem sportowiec nie wytrzymał. Podbiegł do sędziego:
- Panie sędzio, ktoś podstawił mi nogę. Pan jest ślepy czy co?
Taka uwaga pod. adresem arbitra równała się z otrzymaniem przewinienia technicznego i z karą pieniężną.
Siedzący na widowni zarząd klubu uśmiechnął się do siebie. Sponsor zacierał ręce:
- Solidnie dziewczynki pracują.
Dyrektor potwierdził:
- Cudowne kwiatuszki.
Księgowy też coś dodał:
- Widownia pełna. Kasa też. O, znowu przewróciły jednego!
Od chwili wejścia niewidzialnych czarownic na boisko, „Szał Wsadów” nie zdobył żadnego punktu. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 48:21 dla „Wichru”. Neta obliczyła, że zdobyła już 18 punktów, w tym były dwa rzuty za trzy punkty.
W szatni „Wichru” panowała wielka radość. Trener wszedł i powiedziawszy:
- Tak trzymać. Tak trzymać. Nie robić więcej nic. Samo się zrobi - wyszedł.
Tadek i Janusz byli jednak dziwnie zaniepokojeni.
- Tadek, to jest nienormalne. Takie numery nie zdarzają się nawet w NBA.
- Ani w lidze juniorów - pokręcił głową center.
- To nie mecz, to jakiś cyrk.
- Niczego nie rozumiem. Dotknąłem lekko piłki i od razu wpadła do kosza. Nawet nie próbowałem rzucać. Nigdy nie rzucam za trzy.
- O co tu chodzi? Przekupili zawodników? - szeptem zapytał Janusz. Tadek zaprzeczył:
- Coś ty, oni za mistrzostwo mają obiecane „Merce”! I to na piśmie.
- Idę do sracza, bo zaczynam się denerwować - Janusz wstał z ławki i udał się do toalety. Skorzystał z pisuaru, podciągnął spodenki i ruszył z powrotem. Nagle ujrzał przed sobą uśmiechniętą Betę:
- Nie denerwuj się. Będziesz mistrzem. Załatwię to - szepnęła namiętnie. Rozgrywający otworzył szeroko usta i gdy Beta znikła, wpadł jak burza do szatni.
- Ratunku!!!
- Co się stało?
Tadek poderwał się z ławki.
- Kobieta w ubikacji! Widziała jak lałem! - krzyczał przerażony Janusz. Koledzy z drużyny zaczęli go pocieszać:
- Uspokój się. Pewnie jakaś wielbicielka.
- Ale ona znikła!
- Dałeś autograf?
- Nie chciała.
Tadek poklepał go po ramieniu:
- Naprawdę jesteś bardzo zdenerwowany.
Do szatni ponownie wszedł trener:
- Panowie na boisko. Biegać i skakać. Skakać i biegać, a mecz sam się wygra.
Tadek zauważył rozluźnione sznurowadło. Przyklęknął na jedno kolano i poprawiał je. Poczuł, że ktoś mu się przygląda. Na ławce siedziała Neta. Sportowiec spokojnie podniósł się z klęczek:
- Co pani tu robi?
W tym momencie Neta znikła. Przerażony center wybiegł z szatni trzaskając drzwiami. Wpadł na boisko ciągle oglądając się za siebie.
- Janusz, Janusz! Widziałem tę kobietę!
- A nie mówiłem? Blondynka, średniego wzrostu?
- Nie, ruda, wysoka.
- To inna. Byłeś w ubikacji?
- Nie, poprawiałam sznurowadło.
- Masz szczęście - pozazdrościł koledze Janusz - A tak właściwie to trzeba zmienić firmę ochroniarską. Te bodygardy wpuszczają baby do szatni.
Ponownie gwizdek sędziego. Rozpoczęła się trzecia kwarta. Scenariusz działania czarownic pozostał taki sam. Niewidzialna Neta, nie atakowana przez nikogo, strzelała kosz za koszem. Ustawiała się blisko Tadka i punkty zostały zapisane na jego konto. Ten dziwił się ogromnie. Z reguły strzelał spod kosza lub dobijał rzuty kolegów. Teraz strzelał celnie zza linii trzech punktów.
Gdy kolejne podanie „Szału” nie trafiło do celu, a piłka zmieniła kierunek, cała ławka nie wytrzymała. Kierownik drużyny, kapitan i trener złożyli oficjalny protest do komisarza zawodów, starszego, łysiejącego pana z wysoce rozwiniętym mięśniem piwnym:
- To skandal! Ta piłka ma magnez, a drugi jest w ich tablicy! Nóż! Rozpruwamy piłkę!
Komisarz uspokoił kierownika:
- Po meczu, po meczu.
Zaprotestowali kolejni zawodnicy:
- Ktoś wyrwał mi piłkę z ręki, gdy spokojnie stałem.
Rzecz jasna, że była to Beta.
- Widziałem - oznajmił sędzia, ale dał znak, że piłka jest w posiadaniu „Wichru”.
- Niech pan coś zrobi.
- Co, duchom mam gwizdać faule?
- To efekty specjalne! Sprawdzić parkiet! - krzyczał cały „Szał Wsadów”. Komisarz z koszykarskiej centrali nadal nie interweniował:
- Po meczu, po meczu.
Necie zabawa bardzo się spodobała. Przewaga „Wichru” była już bardzo widoczna, więc czarownica wymyśliła nową hecę. Przechwyciła podanie „Szału” i położyła piłkę na środku boiska. Wszyscy stanęli jak wryci. Piłka spokojnie leżała na linii środkowej i nie wiadomo było czy to pole ataku, czy obrony gości. Sędziowie też zbaranieli. Zerknęli w stronę komisarza zawodów, który otworzył szeroko usta, jakby chciał piłkę połknąć.
- Rzut sędziowski! – zadecydowali prowadzący spotkanie sędziowie.
- Nie! Nie! Piłka była nasza! – rozległy się głosy protestu ze strony ławki rezerwowych „Szału” - Sama przeleciała na środek!
Nic z tego. Sędziowie byli nieugięci. Do rzutu stanęli najwyżsi zawodnicy. Tadek nie zmarnował okazji i skierował piłkę w stronę Janusza. Rozegrana akcja przyniosła kolejne punkty dla gospodarzy.
Neta tymczasem chwyciła za rękę biegnącego koszykarza gości. Biedak wyrywał się energicznie, ale był to tylko rozgrywający, a ci z reguły nie są wielkoludami. Czarownica mogła zatem bez problemu przytrzymać go kilka sekund. Stało biedaczysko w miejscu, odbijało piłkę o parkiet i wrzeszczało:
- Ratunku! Ktoś mnie trzyma za rękę!
Sędziowie przerwali akcję i pobiegli do komisarza:
- Panie komisarzu, co mamy robić? Jak gwizdać? Co teraz zagwizdać?
Komisarz pokręcił głową i podrapał się po nosie:
- A bo ja wiem? Akcja była daleko, nie wiedziałem, jestem krótkowidzem.
- Ale ma pan okulary!
- Zaszły mgłą. Zaduch taki w tej hali – zdjął okulary i zaczął przecierać je krawatem – Gwizdać dalej. Show must go.
Kibicom przestało podobać się pseudosportowe widowisko. Szalikowcy zamilkli. Na widowni rozległy się gwizdy.
- To są jakieś jaja. Jak arbuzy.
- Ale wygrywają.
- W takim stylu?
- Nieważne. Nasi górą, tamci kanałami.
- Ja płacę nie tylko za zwycięstwa. Chcę zobaczyć dobry mecz! – krzyknął przywódca szalikowców - Chłopaki, gwiżdżemy głośno!
W hali rozległ się przeraźliwy gwizd. Neta i Beta popatrzyły na siebie zdziwione.
- Czemu te ziemskie istoty gwiżdżą? Przecież ich drużyna wygrywa! - Neta nie rozumiała postawy widowni.
- Ludzie zawsze byli dziwni. Nawet Lucyper, diable świeć nad jego duszą, miał z nimi kłopoty. Beta wracamy na widownię!
Czarownice ponownie stały się widzialne i wcisnęły się w tłum kibiców.
Do końca meczu pozostały trzy minuty. Mimo fantastycznej postawy „Szał Wsadów” przegrał. Przewaga ”Wichru” była zbyt duża, aby ją zniwelować. Gospodarze wygrali 103:72.
Zarząd klubu zdenerwował się nie na żarty. Wszystko było pięknie, ładnie, dopóki widownia nie zaczęła gwizdać. Gdy mecz się skończył, dyrektor wrzasnął na całe gardło:
- Dziewczyny do mnie!
Ze wszystkich stron hali przybiegły panienki.
- Nie wy, tamte – wskazał w stronę boiska.
- Nie to nie – odpowiedziały, sądząc po wyglądzie i uśmiechu, dziewczynki lekkich obyczajów.
Jak Neta i Beta usłyszały głos dyrektora, diabeł raczy wiedzieć. W każdym razie stawiły się na wezwanie w jego gabinecie. Sponsor zaczął krzyczeć:
- Nie, nie i nie. Mecz to jest mecz. Ma być walka, a nie jaja.
Księgowy dołożył swoje:
- Ludzie gwizdali, nie przyjdą więcej, kasy nie będzie.
Neta pokręciła głową:
- Czego wy właściwie chcecie?
- Daję forsę na mecz. Nie sponsoruję, cyrku, zrozumiałaś kobieto?
- Przeszliście do następnej rundy? Przeszliście. O co biega? -dopytywała się nadal zaskoczona postawą zarządu czarownica.
- Nie w tym stylu! - tłumaczył nerwowo dyrektor. - Mecz musi być zacięty, emocjonujący. Musimy wygrać jednym, dwoma punktami.
- Ale ci wasi, pożal się diable, koszykarze nie potrafią rzucić do kosza z czystej pozycji.
- To trafiajcie za nich - włączył się do głośnej rozmowy trener.
- Neta to robi - oznajmiła Beta.
- Właśnie. Miałam dziś ekstra rzut.
- Ale nie tak! - jąknął sponsor.
- O ziemski gatunku z przedpotopowym rozumem.
- Wypraszam sobie. To obraza! - zaprotestował trener.
- Siedź pan cicho i nic pan nie gadaj! - rozkazał trenerowi sponsor. Spokojniejszym głosem rzekł.
- Słuchajcie drogie panie. Płacę Twardowskiemu? Płacę. I wymagam. Nie chcę awantur i skandali. Macie zrobić tak jak ja chcę. Jasne?
- Jasne sponsorku. Coś wymyślimy - Neta podała sponsorowi rękę na znak zgody. Dyrektor zarządził:
- Jutro o 16-tej zebranie. Przygotować plan taktyczny na następne mecze. Trener też.
- Ja? A po co? – zdziwił się trener.
- Bo panu też płacę. I nieważne czy pan realizujesz zadania taktyczne, czy nie. Ważne żeby na papierze były.


Wróć
dodaj komentarz | Komentarze: