sowie

Basket and witches czyli sposób na uratowanie polskiej koszykówki

Ostatnio komentowane
Publikowane na tym serwisie komentarze są tylko i wyłącznie osobistymi opiniami użytkowników. Serwis nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich treść. Użytkownik jest świadomy, iż w komentarzach nie może znaleźć się treść zabroniona przez prawo.
Data newsa: 2011-10-06 14:52

Ostatni komentarz: No właśnie, po co w takiej sytuacji opieka społeczna...
dodany: 2025.08.08 17:46:30
przez: Stefan
czytaj więcej
Data newsa: 2014-03-18 13:35

Ostatni komentarz: …. Bardziej zwróciłabym uwagę na brudne stopy kobiety, aniżeli na brudna sierść psa.
dodany: 2022.03.30 20:12:36
przez: Diane
czytaj więcej
Data newsa: 2020-10-20 09:42

Ostatni komentarz: super...szkoda, że nie napisałaś jaki kościół w Wałbrzychu. PIsz dalej na na koniec roku książka. ja swoją szykuję na i półeocze...
dodany: 2021.01.18 11:09:17
przez: obba
czytaj więcej
Data newsa: 2013-04-05 13:21

Ostatni komentarz: Świetne...gratuluję...czas na książkę.

dodany: 2021.01.15 08:45:03
przez: adam
czytaj więcej
Data newsa: 2020-10-20 09:40

Ostatni komentarz: Mój tata też należał do ZBOWiD-u. Pełnił tam jakaś funkcję. Wspominal, że do ZBOWiD-u dla korzyści materialnych zapisują się osoby, których w tamtych czasach nie było na świecie. 😊
dodany: 2020.11.14 09:25:09
przez: Bozena
czytaj więcej
Data newsa: 2011-05-15 20:15

Ostatni komentarz: Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu.............

Wspaniałe!!!
dodany: 2019.03.20 19:01:12
przez: Darek
czytaj więcej
Data newsa: 2016-09-13 16:01

Ostatni komentarz: Super! Bardzo miło się czyta
dodany: 2017.01.06 22:01:25
przez: Jan
czytaj więcej
Spotkanie
2026-09-15 11:17

Piosenka aktorska to akurat nie było to, co Anna lubiła najbardziej. Nie mówiła, że jej się to nie podoba się, bo przecież przyszła i siedziała na widowni. Ale to nie jej klimat. Dlaczego więc przyszła? Po pierwsze wzięła ją tu koleżanka. Po drugie koncert był za darmo. Po trzecie jako emerytka wyznawała zasadę, iż musi wychodzić z domu, bo w domu ludzie umierają. Z tego też powodu była częstą bywalczynią wszelkich koncertów, spotkań autorskich i wernisaży, na które wstęp była darmowy. Czasami oczywiście płaciła za bilet, ale to już musiała być impreza w jej klimacie, premiera dobrego filmu, spotkanie z bardzo ciekawym człowiekiem, ciekawym oczywiście dla niej lub koncert jazzowy. Po warunkiem, że byłby to jazz tradycyjny.


W każdym razie teraz spokojnie siedziała i wsłuchiwała się w ambitne teksty poety Herberta wzbogacone muzyką i aktorskim wykonaniem młodej dziewczyny ze stolicy. Dziewczyna bardzo się starała. Muzycy również. W sumie było przyjemnie. Koncert zakończyły dwa bisy. Oddział geriatryczny, z którego składała się większość widowni, skierował się w stronę szatni. Anna wstała z miękkiego krzesełka i zrobiła pierwszy krok. Drugiego już nie, bo drogę zagrodził jej wysoki, pokaźnej wielkości pan z siwą głową.
– Dzień dobry – powiedział, chociaż był już wieczór.
– Dobry wieczór – odpowiedziała Anna dostosowując powitanie do pory dnia.
– Nie poznajesz mnie? - szeptem zapytał mężczyzna.
Anna pokiwała głową na znak, że nie. Rzeczywiście, nie miała ani bladego, ani zielonego pojęcia kim jest człowiek stojący przed nią:
– Daruje pan, ale proszę przypomnieć gdzie i kiedy mieliśmy przyjemność...
Pan roześmiał się, ale bardzo dyskretnie i cicho:
– Oj, wiele razy... wiele razy... Marek jestem.
Marek? Który Marek? Jaki Marek? W głowie Anny rozpoczął się proces intensywnego myślenia. To w sumie dobrze robi na starość. Zatem... ten Marek.... z ostatniej pracy... może tamten... z sanatorium... ale zaraz.... ten mówi o wielokrotnej przyjemności ze mną.... nie, to niemożliwe.... tamtego Marka dawno nie ma.... Wyjechał. Trzydzieści lat temu? Może czterdzieści? Tak, ponad czterdzieści...
– Marek? - wyszeptała pytająco jego imię.
Pokiwał twierdząco głową.
– Ten Marek?
– Twój Marek.
– Idziesz czy zostajesz? - zapytała koleżanka, z którą Anna przyszła na koncert.
Anna na moment oprzytomniała:
– Idę, oczywiście, że idę.
– Aniu, daj mi swój numer telefonu. Zadzwonię jutro. Umówimy się na piw..., to znaczy na kawę. Wszystko ci opowiem.
Marek wyciągnął z kieszeni telefon. No tak, faceci wszędzie mają kieszenie. Nie muszą nosić torebek i długo szukać w nich „komórek”. Zanim więc Anna zdążyła pomyśleć, Marek stał już z telefonem gotowym do zapisania numeru. Podała i zrobiła kolejne kroki w stronę szatni.
– Kto to był? - zapytała z ciekawością koleżanka.
– Taki stary znajomy, chyba...
– Dlaczego chyba?
– Bo nie widziałam go od ponad czterdziestu lat.
– Nie spotkałaś go nigdy na ulicy, w kościele, w przychodni?
– Nie. On wyjechał. Właśnie czterdzieści lat temu.
„Wyjechał. Nagle. Porzucił mnie. Powiedział, że musi zacząć nowe życie, bo powiatowe miasteczko nie dla niego. Nie chciał mnie zabrać ze sobą. Świnia. Bałwan. Łajza. Podlec. Nikczemnik.” Do głowy przychodziły jej wszystkie wyrazy bliskoznaczne określające człowieka wrednego. Takich samych używała wiele lat temu, kiedy została sama.
– Idziemy na piwo? - zapytała koleżanka.
– Czemu nie, możemy iść. Na solidnego drinka. Ja stawiam.
„ Po takim spotkaniu trzeba obowiązkowo się napić. Inaczej człowiek nie przeżyje” - pomyślała wchodząc do pobliskiej restauracji.

Marek na koncert też nie przyszedł sam. Był z siostrą i jej mężem. W połowie koncertu, znudzony poezją śpiewaną, zaczął dyskretnie rozglądać się wokół. Dwa rzędy od siebie zobaczył znajomą twarz. Szturchnął siostrę:
– Czy to przez przypadek nie Ania?
– Gdzie?
– Tam na prawo, dwa rzędy dalej.
– Ania. Nie przeszkadzaj. Słuchaj.
Przestał przeszkadzać, ale już nie słuchał. Przypomniał sobie lata młodości. I Anię. Nigdy nie była piękna. Ale była jego Anią. Zostawił ją i wyjechał, by robić pieniądze i karierę. Pierwsze zarobił, drugiego nie. Zerknął jeszcze raz. „Miała jasne włosy... teraz też ma.... jasne... siwe. I jeszcze dosyć dużo ich ma... a u mnie się kończą...” - westchnął.
Kiedy po koncercie dostał od niej numer telefonu, zrobiło mu się dziwnie. Ni to radość. Ni to zadowolenie. Zadzwoni. Oczywiście, że zadzwoni. „A jeśli ona nie zechce gadać? Nie, wtedy nie dałaby numeru...o czym z nią rozmawiać?”
– I co, umówiłeś się z Anią? - wyrwała go z zamyślenia siostra.
– Nie, ale dała mi swój numer.
– Dzwoń, dzwoń, dwa lata temu owdowiała.
– Pięć lat temu rozwiodłem się. Po raz drugi.
– I bardzo dobrze. Stara miłość nie rdzewieje.
Marek westchnął.
– Szwagier, a może tak po piwku? - zaproponował przed wejściem do „spożywczaka” mąż siostry.
Marek przytaknął.

Następnego dnia odczekał do jedenastej. Przypomniał sobie, że kiedyś Anna lubiła długo spać. Może nie zmieniła przyzwyczajeń? Telefon odebrała szybko. Rozmowa była krótka. Umówili się na wieczór w kawiarni przy starej fontannie.

Początkowo oboje unikali patrzenie sobie w oczy. Zbyt wiele wspomnień, sporo żalu. Zaczęli więc od życiorysów. Marek skrótowo opowiedział o swych dwóch nieudanych małżeństwach, Anna o jednym, bardzo udanym.
– Karol zakręcił się obok ciebie zaraz po moim wyjeździe... - wspomniał Marek.
– Tak, twierdził, że zawsze na to czekał – uśmiechnęła się grzecznościowo Anna.
– Kochałaś go?
– Bardzo.
– Tak jak mnie?
Anna spuściła na moment głowę:
– To była inna miłość. Ta z gatunku dojrzałych.
– No tak.... - westchnął Marek – Mnie jakoś taka się nie przytrafiła. Chyba byłem tylko zakochany, a nigdy nie pokochałem....
– Mnie też nie? - Anna odwzajemniła się pytaniem.
Nie odpowiedział.
Potem rozmowa zeszła na temat dzieci. Oboje mieli dwójkę. Były też wnuki. Radosne i dorodne. Temat rzeka dla jednego i drugiego. Mimo rozwodów Marek utrzymywał blisko kontakt z dziećmi z pierwszego małżeństwa. Z drugiego nie miał.
– A właściwie po co przyjechałeś? W odwiedziny do siostry?
Anna zadała wreszcie pytanie, które nurtowała ją od chwili, kiedy ujrzała Marka. Ten podniósł filiżankę z kawą, wziął łyk:
– Widzisz, czas na emeryturę. Napracowałem się. Zarobiłem. Trzeba wreszcie odpocząć. Myślę o powrocie tutaj...
– Do tego zapyziałego prowincjonalnego miasteczka, z którego uciekałeś w świat?
– Małe, zapyziałe miasteczka są dobre na starość.... Tu wszędzie jest blisko. Nie trzeba jeździć samochodem, a człowiek w końcu przestanie nim jeździć ze względu na wiek. Jest knajpa, jest kino, szpital i kilka kościołów, jak ktoś chce się modlić. W sam raz na stare lata... Może kupię tu jakieś mieszkanie.... może jakiś dom....
– …. i psa... - dopowiedziała z lekkim uśmiechem Anna – Mam uwierzyć, że człowiek, który zwiewał stąd w wielki świat, opuści go i wróci?
Markowi też wydawało się to chwilami dziwne. Kiedy po raz pierwszy, w wielkim mieście, w wielkiej własnej firmie zatęsknił za miasteczkiem „na końcu świata”, pomyślał, że dorwała go depresja. Postanowił przyjechać i sprawdzić, czy w mieścinie jest jeszcze jakieś życie. Siostra twierdziła, że jest. Zabrała go na koncert piosenki aktorskiej. Kiedy zobaczył na nim Annę, nie tylko wspomnienia odżyły. Pomysł o powrocie zaczął przybierać kształty, póki co zamglone, nieruchome, ale realne.
– W wielkim świecie już się nażyłem. Czas chyba wrócić do korzeni.... Czy mieszkają tu jeszcze ludzie z naszej klasy?
Anna zaczęła wymieniać i opowiadać, co u kogo. I nagle, jak na zawołanie we wspomnieniach zmaterializowała się Weronika. Weszła do kawiarni w wielkim żółtym kapeluszu i otwartych w uśmiechu ustach. Oczu jeszcze nie było widać. Dopiero kiedy zamaszystym ruchem zdjęła kapelusz, wymalowane na kolorowo powieki i mocny tusz na rzęsach zdawał się rozświetlać całą, pokrytą siecią zmarszczek twarz. Tuż za nią wszedł wysoki mężczyzna w podobnym wieku. Niczym się nie wyróżniał.
Pierwsza dostrzegła ich Anna. Wargi lekko jej zadrżały. Nie lubiła Weroniki. Zresztą kiedyś większość dziewcząt w miasteczku jej nie lubiło. Miała powodzenie. Praktycznie żaden facet nie przeszedł obok niej obojętnie. Pozostałe dziewczyny wpadały w kompleksy bycia gorszymi. Nie wyszła jednak nigdy za mąż. Nie miała dzieci. Marzyła o karierze aktorki. Nie wyjechała jednak w świat, by nią zostać. Została w miasteczku. Zaczęła malować i okazało się, że ma talent. Stała się lokalną artystką – malarką. Nadal uwodziła mężczyzn. Tego, który wszedł z nią do kawiarni, Anna nie znała. „Pewnie z sąsiedniej gminy” - pomyślała.
Marek zwrócił na to uwagę i skierował wzrok tam, gdzie wędrowały oczy Anny:
– Rety, to Weronika?
– Weronika.
– Hej, Wera! - zawołał głośno.
Weronika przestałą mrugać oczami:
– Rety, Marek! - podeszła energicznie do stolika.
Marek wstał. Pocałował ją w rękę. „No tak, ona go poznała, ja nie. Znowu jest ode mnie lepsza” - przemknęło Annie przez myśl.
– Ach, co ty tu robisz? O, Ania. Witaj.
– Witaj.
– Przyjechałem odwiedzić stare kąty.
– Musisz przyjść na moją wystawę. Pojutrze wernisaż. Będzie wiele ciekawych osób. I wino będzie. Będę czekała. Ania ci powie gdzie i kiedy.
„Oczywiście, mnie nie zaprosiła” - stwierdziła Anna patrząc na roześmianą Weronikę.
– Postaram się przyjść.
„Jasne. Leć od razu. Stań przed galerią już dziś! Nie, to niemożliwe, nadal jestem zazdrosna?”
Weronika wróciła do swego znajomego, który zajął wolny stolik. Marek usiadł.
– Nadal taka podstrzelona – uśmiechnął się.
– Nic się nie zmieniła. Z wyjątkiem tych zmarszczek na twarzy. Ponoć robiła sobie operację plastyczną, ale nie wyszła. A maluje całkiem nieźle. Utrzymuje się z tego.
Pogadali jeszcze chwilę o wszystkim i o niczym. Ot, takie grzecznościowe dyskusje i wspomnienia z lat minionych. Marek próbował naciągnąć Annę o opowieści z ich wspólnego życia. Kobieta unikała tematu. „Człowieku, wracasz do bolesnych czasów” - mówiły jej oczy. Mężczyzna zdawał się to dostrzegać. „Czyżbyś nadal miała do mnie żal za wyjazd?” - pytał milcząco.
Wyszli z kawiarni.
– Odprowadzę cię do domu – zaproponował.
Zgodziła się. Przed blokiem wybudowanym na miejscu starej kamienicy przystanęli.
– Tu mieszkam. Dobranoc.
– Nie zaprosisz mnie na herbatę?
– Wybacz, ale nie... Zadzwoń przed wyjazdem.

Zadzwonił po dwóch miesiącach.
– Cześć! To ja.
– Słyszę – mruknęła pod nosem Anna.
– Wybacz, że nie dzwoniłem...
– Wcale nie musiałeś, więc nie ma nic do wybaczania.
– Ale....
– Nie ma żadnego ale.
– Jednak...
– Nie ma żadnego jednak – jej głos stawał się coraz bardziej stanowczy.
– Pozwól....
– Nie pozwalam.
Rozłączyła się. Telefon ponownie odezwał się dźwiękiem muzyki z serialu „Stawka większa niż życie”. I tak sobie dzwonił przez dobre kilka minut. Wreszcie Anna przesunęła zielony znak na ekranie.
– Czego!? - ryknęła.
– Pozwól mi wszystko wyjaśnić. Daj mi pięć minut.
– Minutę.
– W porządku, dobre i to. Wyjechałem, by zamknąć swoje sprawy. Wróciłem, wynająłem mieszkanie, bo łatwiej będzie mi coś kupić, jeśli będę tu, na miejscu.
– Tak, po prostu sobie zniknąłeś.... Cholerny Houdini!
– W porządku, niech będzie Houdini. Spotkajmy się.... proszę.
– Kiedy?
– W każdej chwili.
– Gdzie teraz jesteś? - głos Anny złagodniał.
– Pod twoim blokiem.
– Zaraz zejdę.
Marek rzeczywiście stał przed wejściem do klatki Anny. Ubrany w granatową kurtkę, dżinsy i czapkę bejsbolówkę z napisem „Detroit Pistons” wziął dłoń Anny i pocałował.
– Mów, co masz do powiedzenia.
– Czy nie uważasz, że powinniśmy być razem? - zapytał cicho.
– A dlaczego mówisz szeptem?
– Mogę krzyknąć jak chcesz. Czy nie uważasz.... - podniósł głos o kilka decybeli.
Anna też wrzasnęła.
– Litości, ludzie słuchają.
Wolnym krokiem ruszyli przed siebie.
– Sama chciałaś.... Więc.... zacznijmy od początku.... Wróciłem do naszego miasteczka, by być z tobą....
– Na starość?
– Tak, na starość. To dobry czas. Każde z nas przeżyło swoje, dobre i złe dni. Teraz przyszedł czas na odpoczynek. Chciałbym odpoczywać z tobą....
– I myślisz, że ci uwierzę? Jak byłam młoda, ładna i zdrowa to mnie nie chciałeś, a teraz chcesz? Chyba chory jesteś....
Marek westchnął.
– Najzdrowszy to ja nie jestem...
– To pewnie szukasz pielęgniarki, jak każdy facet w twoim wieku.
– Nie, nie szukam. Mam tyle forsy, że stać mnie na wynajęcie zawodowej pielęgniarki lub na luksusowy dom opieki. Na Karaibach lub Kanarach.
– No to czego ode mnie chcesz?
Marek zatrzymał się. Oparł ręce na ramionach Anny.
– Chcę z tobą być.... Poszukamy jakiegoś dużego mieszkania lub nawet domu. Kupmy pieska i kotka, a może nawet akwarium ze złotymi rybkami, które będą spełniać nasze życzenia....
Zrobiło się nawet romantycznie, chociaż stali obok osiedlowego śmietnika.
– Trzeba było tak mówić, kiedy byliśmy młodzi... straciliśmy nasz czas....
– Nie. Nasz czas właśnie nadszedł. Ty żyłaś w szczęśliwym małżeństwie, ja dorobiłem się majątku. Nie straciliśmy minionego czasu. Teraz nadszedł nasz czas.... Posłuchaj, znalazłem w internecie starą piosenkę...
Włączył telefon. Rozległ się głos starego dobrego Krzysztofa Klenczona:

„Raz na tysiąc nocy
świat ma złote oczy.
Pierwsza miłość powraca raz,
raz na tysiąc par.
Raz na tysiąc nocy
kwitnie kwiat paproci,
że miłość ma więcej szans
Nikt nie wiedział z nas.”

Anna ciężko westchnęła:
– Ja nie nadaję się już do wspólnego życia.... Choruję.... Mam nadciśnienie i cukrzycę...
Marek uśmiechnął się:
– Ja też. Trudno mi jednak przestrzegać dietę. We dwójkę będzie łatwiej. A ciśnienie będziemy mierzyć razem.
Westchnienie Anny odezwało się ponownie:
– Cierpię na bezsenność...
– Ja też. Będziemy w nocy baraszkować...
– Idiota... w tym wieku chce ci się nocnych harców!
– A kiedy mi się ma chcieć? Młodszy już nie będę.
– Ja w nocy oglądam filmy, czytam książki...
Marek ciągle się uśmiechał:
– Możemy i to robić. Kupi się wielki telewizor. Wykupi te słynne internety z filmami i będziemy oglądać.
– A książki?
– Książki są w bibliotekach. Jeszcze chyba ich nie zamknęli?
Annie zaczęło brakować argumentów przeciw wspólnemu życiu.
– Ale co tu gadać... każde z nas ma więcej wad niż zalet – próbował podsumować rozmowę Marek.
Zaciekawiło to Annę:
– A ty jakie masz?
– No, takie męskie... Chrapię...Ale nie martw się. Jak kupimy dom, każde będzie miało osobną sypialnię, żeby od czasu do czasu porządnie się wyspać.
– I co masz jeszcze?
– No, jak każdy normalny facet ma kłopoty z prostatą.
– A ja mam zespół jelita wrażliwego.
– To nie mamy wyjścia. Musimy kupić dom z dwiema ubikacjami.
Anna wreszcie przytaknęła. Nie mieli innego wyjścia.


Wróć
dodaj komentarz | Komentarze: