(opowiadanie otrzymało wyróżnienie Podlaskiej Redakcji Seniora w konkursie „Srebro nie złoto” w 2025 roku)
Żubr gnał, ile sił miał w nogach. Czyli nie za szybko, bo żubry to nie sprinterzy i swoją masę mają. Oddychał za to szybciej, łapał powietrze w płuca i całe trzewia. Przebiegł przez rzadki las, mieszany oczywiście, wbiegł na polanę, nie mylić z łąką kwietną, wreszcie dopadł zagajnika brzozowo–krzewowo–ogólnodrzewnego. Ogarnął wzrokiem teren i znalazł miejsce, w którym mógł się skryć przed nagonką. Uspokoił oddech.
- Co ty tu robisz? – usłyszał nagle ludzki głos z zarośli.
Rety, dopadli – przemknęło mu przez myśl. Zadrżał i ponownie wzmocnił czujność. Zerknął prawym okiem, potem lewym. Na pniu starego drzewa po planowej wycince siedziała jeszcze nie całkiem stara kobieta, w chuście na głowie, długiej spódnicy i niestety starej koszulinie.
- Pytam, co tu robisz? – ponowiła pytanie.
- Uciekam. Przed nimi – wskazał głową na teren za polaną.
- A… nagonka… dziennikarze, paparazzi, turyści…. Ganiają za żubrami już od wielu lat. I zamiast podziwiać takiego żubra, to robią fotki. Telefonami, aparatami i czym się da. Teraz biedaku na ciebie padło…. Nabijają potem takiego żubra w butelkę, naklejają fotkę na szkło i zamykają.
- A dzieci mówią, że żubr mieszka w lodówce… - zwierzył się smutno król puszczy i zaraz zapytał - A ty kto?
- Szeptucha.
- A nie możesz rzucić na nich parę uroków? Mowę zwierząt rozumiesz, czary znasz...
- Nie może, chociaż rozumie i zna – odezwał się inny głos. Zwierzęcy. Zza krzewów i drzew wyłonił się łoś. Biebrzański. Z bagien. Król mokradeł.
- Oni są niewierzący, a uroki można tylko na wierzących rzucić. Czary też – dokończył łoś.
Żubr westchnął. W jego westchnieniu była rezygnacja oraz stan depresyjny. Miał przerąbane. Nagonka, co kiedyś nazywała się „bezkrwawe łowy”, doprowadzała obecnie zwierzynę do nerwicy w połączeniu z utratą wiary we własne siły.
- Trzeba temu jakoś zaradzić…. Dość tego panoszenia się człowieka w puszczy – stwierdziła Szeptucha, która też miała wszystkiego powyżej uszu i czubka własnych włosów.
Pytania „jak?” żadne ze zwierząt nie zadało, bo było oczywiste. Zaległo milczenie, z tych kłopotliwych milczeń oczywiście.
- A ja mam pomysł – wydobył się z zarośli kolejny głos, a po nim wyszedł wilk – Mnie tam nie ścigają tymi fotkami. Zwiewam. Sprinter jestem, w przeciwieństwie do was…
- Gadaj, jaki masz pomysł, zamiast chwalić się zdolnościami – syknęła Szeptucha.
Ruchem głowy wilk nakazał zbliżenie się pozostałych głów. Zwierzęta pochyliły się i wysłuchały. Pomysł im się nawet spodobał, ale było kilka „ale”.
- Ale kto to wszystko sk… sko… skoor… skoordynuje? – wyjąkał łoś – Żubr musi wiedzieć, kiedy ruszyć, my kiedy przestać i zacząć….
- Ja – zaskrzeczało coś nad zagajnikiem. Wylądował bocian.
- Ja. Będę krążył nad wszystkimi. Na mnie nikt nie zwraca uwagi. Pospolity jestem. Dam wam znak, kiedy co trzeba robić. Typy z aparatami siedzą w zaroślach jakieś sto metrów dalej. Żują gumę i czekają na żubra, aż wyjdzie z zagajnika. Damy im takie przedstawienie, że zbaranieją!
Gdyby bocian miał ręce, zatarłby je z radości. Uczyniła to natomiast Szeptucha. Zdjęła starą chustkę z głowy, rozplotła warkocz. Wiatr rozwiał jej bujne czarne włosy. Zrzuciła z siebie koszulinę, pokazując koronkową halkę i takowy sam biustonosz. Starej, długiej spódnicy też się pozbyła, a wiadomą część ciała zasłaniała część garderoby, zwana potocznie – niewymowną. Łoś przykląkł na kolano, a wilk pomógł kobiecie wejść na jego grzbiet.
Bocian pofrunął w stronę ludzi. Zniżył się, pomachał skrzydłami zwracając na siebie uwagę. Udało się. Co prawda nie fotografowano go, ale na niego skierowano wzrok. Znalazł się nad zagajnikiem.
- Teraz! – wrzasnął.
I oto z zagajnika dostojnym krokiem wyszedł łoś z kobietą na karku. Zrobił jeden krok i stanął. Zrobił drugi. Stanął. I tak powoli, powolutku posuwał się naprzód. Ludzie zdębieli. Zatkało ich. Mowę odebrało. Czekali na żubra, a tu pojawił im się widok jak z bajki, jak z „Quo vadis” Sienkiewicza. Oczywiście zamiast na byku, kobieta była na łosiu. Zamiast rozpaczać, kobieta wykonywała ruchy uznawane powszechnie za, powiedzmy, kokieteryjne. Poszły w ruch aparaty. Kamery. Laptopy. Fotografowano niecodzienny widok. Utrwalano. Nagrywano.
Bocian czekał cierpliwie. Kiedy uznał, że ludziska zajęły się widokiem, podfrunął do żubra:
- Ruszaj do puszczy. Tylko powoli, żeby trawa się nie ruszała.
Żubr dostojnie udał się w stronę ciemnego lasu. Gdy zniknął, ptak w locie zatrzymał się nad łosiem:
- Poszedł. Teraz do roboty. Napędzimy im stracha!
Szeptucha zeszła z łosia i wróciła do zagajnika. Z niego wyłonił się wilk. Dołączył do pozostałych zwierząt. Ustawiły się w linii prostej. Bocian oczywiście w powietrzu:
- Tyralierą na nich! – wrzasnął machając skrzydłami.
Zwierzyna ruszyła do przodu rzucając przed siebie wzrok zabójcy. Oczywiście najstraszniejsze były oczy wilka. Ludzi ponownie zatkało. A co działo się potem, bez problemu możemy sobie w wyobraźni odtworzyć. Wrzask. Panika. Lęk. Cykor. Groza. Następnie większość pobiła swe sprinterskie rekordy.
Zwierzęta w końcu odpuściły. Stanęły.
- No to mamy spokój - podsumował bocian – Aha łosiu, nie znasz jakiegoś mokradła z żabami? Żonie żabę bym dał, dzieci pilnuje, a mnie od rana w domu nie było. Wiesz jak to z kobietami…
Łoś wiedział i znał. Wszystko wróciło do normy. Na jakiś czas.
(opowiadanie zajęło drugie miejsce w konkursie literackim „Szczawno otulone tajemnicą” zorganizowanym przez „Zdrojotekę”Miejską Bibliotekę Publiczną w Szczawnie Zdroju w 2024 roku)
(III miejsce w drugiej edycji konkursu „Przemyska brama” w 2024 roku, umieszczone w wydawnictwie pokonkursowym „Opowieści domów z zapomnianej ulicy ISBN 9788395187483)
(wiersz otrzymał wyróżnienie w XXV Ogólnopolskim Turnieju Jednego Wiersza w Katowicach - Koszutce w 2024 roku, wydany w tomiku pokonkursowym ISBN 978-83 957385-3-1)
"50 TWARZY KORONAWIRUSA" - relacja na żywo z przedziwnych czasów! (czytaj w pdf).
(opowiadanie zajęło pierwsze miejsce w "Konkursie na powiastkę/bajkę filozoficzną dla dzieci i młodzieży zorganizowanym przez ODN w Poznaniu w 2024 roku")
Dawno temu, może za górami i za lasami, ale na pewno przy ujściu rzeki Kaystros do Morza Egejskiego, leżało miasto Efez. Mówiono, że założycielem miasta był Androklos, syn ateńskiego króla Kodrosa. Ów królewicz wyruszył na wyprawę wojenną, ale wcześniej wyrocznia przepowiedział mu, że założy swoje miasto w miejscu, gdzie spotka rybę i dzika. I właśnie nad Kaystros spotkał rybaków piekących ryby. Jedna z ryb wpadła do ogniska. Iskry zapaliły pobliskie krzaki, a ogień wypłoszył z nich dzika. Właśnie w tym miejscu, na północnym zboczu góry Pion, powstało miasto nazwane Efezem. W tym też mieście, pięćset lat przed naszą erą, urodził się Heraklit, mędrzec i filozof.
Kto to filozof i co to filozofia...?