sowie

Basket and witches czyli sposób na uratowanie polskiej koszykówki

Ostatnio komentowane
Publikowane na tym serwisie komentarze są tylko i wyłącznie osobistymi opiniami użytkowników. Serwis nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich treść. Użytkownik jest świadomy, iż w komentarzach nie może znaleźć się treść zabroniona przez prawo.
Data newsa: 2011-10-06 14:52

Ostatni komentarz: No właśnie, po co w takiej sytuacji opieka społeczna...
dodany: 2025.08.08 17:46:30
przez: Stefan
czytaj więcej
Data newsa: 2014-03-18 13:35

Ostatni komentarz: …. Bardziej zwróciłabym uwagę na brudne stopy kobiety, aniżeli na brudna sierść psa.
dodany: 2022.03.30 20:12:36
przez: Diane
czytaj więcej
Data newsa: 2020-10-20 09:42

Ostatni komentarz: super...szkoda, że nie napisałaś jaki kościół w Wałbrzychu. PIsz dalej na na koniec roku książka. ja swoją szykuję na i półeocze...
dodany: 2021.01.18 11:09:17
przez: obba
czytaj więcej
Data newsa: 2013-04-05 13:21

Ostatni komentarz: Świetne...gratuluję...czas na książkę.

dodany: 2021.01.15 08:45:03
przez: adam
czytaj więcej
Data newsa: 2020-10-20 09:40

Ostatni komentarz: Mój tata też należał do ZBOWiD-u. Pełnił tam jakaś funkcję. Wspominal, że do ZBOWiD-u dla korzyści materialnych zapisują się osoby, których w tamtych czasach nie było na świecie. 😊
dodany: 2020.11.14 09:25:09
przez: Bozena
czytaj więcej
Data newsa: 2011-05-15 20:15

Ostatni komentarz: Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu.............

Wspaniałe!!!
dodany: 2019.03.20 19:01:12
przez: Darek
czytaj więcej
Data newsa: 2016-09-13 16:01

Ostatni komentarz: Super! Bardzo miło się czyta
dodany: 2017.01.06 22:01:25
przez: Jan
czytaj więcej
W podlaskim zagajniku...
2025-12-19 13:08


(opowiadanie otrzymało wyróżnienie Podlaskiej Redakcji Seniora w konkursie „Srebro nie złoto” w 2025 roku)

 


Żubr gnał, ile sił miał w nogach. Czyli nie za szybko, bo żubry to nie sprinterzy i swoją masę mają. Oddychał za to szybciej, łapał powietrze w płuca i całe trzewia. Przebiegł przez rzadki las, mieszany oczywiście, wbiegł na polanę, nie mylić z łąką kwietną, wreszcie dopadł zagajnika brzozowo–krzewowo–ogólnodrzewnego. Ogarnął wzrokiem teren i znalazł miejsce, w którym mógł się skryć przed nagonką. Uspokoił oddech.
- Co ty tu robisz? – usłyszał nagle ludzki głos z zarośli.
Rety, dopadli – przemknęło mu przez myśl. Zadrżał i ponownie wzmocnił czujność. Zerknął prawym okiem, potem lewym. Na pniu starego drzewa po planowej wycince siedziała jeszcze nie całkiem stara kobieta, w chuście na głowie, długiej spódnicy i niestety starej koszulinie.
- Pytam, co tu robisz? – ponowiła pytanie.
- Uciekam. Przed nimi – wskazał głową na teren za polaną.
- A… nagonka… dziennikarze, paparazzi, turyści…. Ganiają za żubrami już od wielu lat. I zamiast podziwiać takiego żubra, to robią fotki. Telefonami, aparatami i czym się da. Teraz biedaku na ciebie padło…. Nabijają potem takiego żubra w butelkę, naklejają fotkę na szkło i zamykają.
- A dzieci mówią, że żubr mieszka w lodówce… - zwierzył się smutno król puszczy i zaraz zapytał - A ty kto?
- Szeptucha.
- A nie możesz rzucić na nich parę uroków? Mowę zwierząt rozumiesz, czary znasz...
- Nie może, chociaż rozumie i zna – odezwał się inny głos. Zwierzęcy. Zza krzewów i drzew wyłonił się łoś. Biebrzański. Z bagien. Król mokradeł.
- Oni są niewierzący, a uroki można tylko na wierzących rzucić. Czary też – dokończył łoś.
Żubr westchnął. W jego westchnieniu była rezygnacja oraz stan depresyjny. Miał przerąbane. Nagonka, co kiedyś nazywała się „bezkrwawe łowy”, doprowadzała obecnie zwierzynę do nerwicy w połączeniu z utratą wiary we własne siły.
- Trzeba temu jakoś zaradzić…. Dość tego panoszenia się człowieka w puszczy – stwierdziła Szeptucha, która też miała wszystkiego powyżej uszu i czubka własnych włosów.
Pytania „jak?” żadne ze zwierząt nie zadało, bo było oczywiste. Zaległo milczenie, z tych kłopotliwych milczeń oczywiście.
- A ja mam pomysł – wydobył się z zarośli kolejny głos, a po nim wyszedł wilk – Mnie tam nie ścigają tymi fotkami. Zwiewam. Sprinter jestem, w przeciwieństwie do was…
- Gadaj, jaki masz pomysł, zamiast chwalić się zdolnościami – syknęła Szeptucha.
Ruchem głowy wilk nakazał zbliżenie się pozostałych głów. Zwierzęta pochyliły się i wysłuchały. Pomysł im się nawet spodobał, ale było kilka „ale”.
- Ale kto to wszystko sk… sko… skoor… skoordynuje? – wyjąkał łoś – Żubr musi wiedzieć, kiedy ruszyć, my kiedy przestać i zacząć….
- Ja – zaskrzeczało coś nad zagajnikiem. Wylądował bocian.
- Ja. Będę krążył nad wszystkimi. Na mnie nikt nie zwraca uwagi. Pospolity jestem. Dam wam znak, kiedy co trzeba robić. Typy z aparatami siedzą w zaroślach jakieś sto metrów dalej. Żują gumę i czekają na żubra, aż wyjdzie z zagajnika. Damy im takie przedstawienie, że zbaranieją!
Gdyby bocian miał ręce, zatarłby je z radości. Uczyniła to natomiast Szeptucha. Zdjęła starą chustkę z głowy, rozplotła warkocz. Wiatr rozwiał jej bujne czarne włosy. Zrzuciła z siebie koszulinę, pokazując koronkową halkę i takowy sam biustonosz. Starej, długiej spódnicy też się pozbyła, a wiadomą część ciała zasłaniała część garderoby, zwana potocznie – niewymowną. Łoś przykląkł na kolano, a wilk pomógł kobiecie wejść na jego grzbiet.
Bocian pofrunął w stronę ludzi. Zniżył się, pomachał skrzydłami zwracając na siebie uwagę. Udało się. Co prawda nie fotografowano go, ale na niego skierowano wzrok. Znalazł się nad zagajnikiem.
- Teraz! – wrzasnął.
I oto z zagajnika dostojnym krokiem wyszedł łoś z kobietą na karku. Zrobił jeden krok i stanął. Zrobił drugi. Stanął. I tak powoli, powolutku posuwał się naprzód. Ludzie zdębieli. Zatkało ich. Mowę odebrało. Czekali na żubra, a tu pojawił im się widok jak z bajki, jak z „Quo vadis” Sienkiewicza. Oczywiście zamiast na byku, kobieta była na łosiu. Zamiast rozpaczać, kobieta wykonywała ruchy uznawane powszechnie za, powiedzmy, kokieteryjne. Poszły w ruch aparaty. Kamery. Laptopy. Fotografowano niecodzienny widok. Utrwalano. Nagrywano.
Bocian czekał cierpliwie. Kiedy uznał, że ludziska zajęły się widokiem, podfrunął do żubra:
- Ruszaj do puszczy. Tylko powoli, żeby trawa się nie ruszała.
Żubr dostojnie udał się w stronę ciemnego lasu. Gdy zniknął, ptak w locie zatrzymał się nad łosiem:
- Poszedł. Teraz do roboty. Napędzimy im stracha!
Szeptucha zeszła z łosia i wróciła do zagajnika. Z niego wyłonił się wilk. Dołączył do pozostałych zwierząt. Ustawiły się w linii prostej. Bocian oczywiście w powietrzu:
- Tyralierą na nich! – wrzasnął machając skrzydłami.
Zwierzyna ruszyła do przodu rzucając przed siebie wzrok zabójcy. Oczywiście najstraszniejsze były oczy wilka. Ludzi ponownie zatkało. A co działo się potem, bez problemu możemy sobie w wyobraźni odtworzyć. Wrzask. Panika. Lęk. Cykor. Groza. Następnie większość pobiła swe sprinterskie rekordy.
Zwierzęta w końcu odpuściły. Stanęły.
- No to mamy spokój - podsumował bocian – Aha łosiu, nie znasz jakiegoś mokradła z żabami? Żonie żabę bym dał, dzieci pilnuje, a mnie od rana w domu nie było. Wiesz jak to z kobietami…
Łoś wiedział i znał. Wszystko wróciło do normy. Na jakiś czas.


Wróć
dodaj komentarz | Komentarze: