sowie

Basket and witches czyli sposób na uratowanie polskiej koszykówki

Ostatnio komentowane
Publikowane na tym serwisie komentarze są tylko i wyłącznie osobistymi opiniami użytkowników. Serwis nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za ich treść. Użytkownik jest świadomy, iż w komentarzach nie może znaleźć się treść zabroniona przez prawo.
Data newsa: 2012-05-11 09:24

Ostatni komentarz: Zostały tylko wspomnienia i wiara że tu wrócimy piłkarze i kibice jak zadawanych lat.
dodany: 2019.05.25 12:46:39
przez: Paulo7860
czytaj więcej
Data newsa: 2011-05-15 20:15

Ostatni komentarz: Boże, który mieszkasz w Wałbrzychu.............

Wspaniałe!!!
dodany: 2019.03.20 19:01:12
przez: Darek
czytaj więcej
Data newsa: 2016-09-13 16:01

Ostatni komentarz: Super! Bardzo miło się czyta
dodany: 2017.01.06 22:01:25
przez: Jan
czytaj więcej
Data newsa: 2011-10-13 14:20

Ostatni komentarz: Witam.Oczywiscie znam te podpisy na kartce: od gory
7.Leon Klonowski
4.Janusz Lewandowski
9.Mieczyslaw Zenfle
13.Boguslaw Rutecki
10.Jacek Grodecki.
Pozdrawiam .
dodany: 2016.07.29 15:38:52
przez: Jacek Grodecki
czytaj więcej
Data newsa: 2013-04-05 13:18

Ostatni komentarz: Historia jedna z wielu ale prawdziwa.
Panowie w pewnym wieku szukają
gosposi i pielęgniarki.
dodany: 2015.10.02 15:09:05
przez: stokrotka
czytaj więcej
Data newsa: 2012-01-19 11:51

Ostatni komentarz: Ten mail dotarł do mnie na pocztę... autor wyraził zgodę na umieszczenie go wśród komentarzy... co tez czynię
„Dzień dobry Pani Grażyno
Przypadkiem natrafiłem w sieci na Pani teksty dotyczące koszykarzy Górnika Wałbrzych z lat 70-tych. Bardzo mnie to zainteresowało, bo wtedy to byli także moi idole. Sam wówczas też byłem kibicem tego klubu, może bardziej piłkarzy niż koszykarzy, z prostego względu - ojciec był zapalonym kibicem kopanej i chcąc nie chcąc ja też nim zostałem. Nie mieszkałem w Wałbrzychu lecz w Boguszowie. Pierwszą wizytę na stadionie na Nowym Mieście zaliczyłem gdzieś w połowie lat 60-tych, oczywiście pod opieką ojca. Wkrótce też chodziliśmy razem na Zagłębie, które akurat awansowało do pierwszej ligi i możliwość obejrzenia znanych z tv piłkarzy Legii i Górnika Zabrze była na tyle nęcąca, że pomimo kibicowania Górnikowi, odwiedzaliśmy też stadion na Ratuszowej.
Na meczach kosza przy Placu Teatralnym regularnie zacząłem bywać dopiero w 1974 roku, gdy poszedłem do liceum na Sobięcinie. Zawodnikami Górnika, których pamiętam, byli wtedy Zenfler, Krzesiak, rozgrywający Domaradzki z charakterystycznie przechyloną głową, Ignaczak i młodzi Zenon Kozłowski oraz przyszła gwiazda Mieczysław Młynarski. Potem doszedł jeszcze Tadeusz Reschke (wydaje mi się że miał dwóch braci też koszykarzy) i Wojciech Krzykała.
Przez całą średnią szkołę regularnie odwiedzałem halę Górnika i stadiony na Nowym Mieście (do góry przez Park Sobieskiego) i na Białym Kamieniu (często pieszo z Sobięcina) Były to naprawdę dla mnie niezapomniane chwile. To brzmi oklepanie, ale te obiekty wtedy żyły na pełny gaz. Widok pełnych trybun dawał niesamowitego kopa, a po bilety na halę ustawiał się potężne kolejki i naprawdę nie dla wszystkich starczało.
W 1978 roku wyjechałem na studia do Trójmiasta i tu pozostaję do dzisiaj. Niemniej jednak przez wiele lat gdy koszykarze Górnika przyjeżdżali na mecze do Wybrzeża byłem tam stałym gościem i jednym z nielicznych ich kibiców.
Pani historia dotycząca spotkań z nieżyjącym Januszem Krzesiakiem wywołała u mnie jakieś reminiscencje, wydaje mi się że był on mężem mojej nauczycielki z podstawówki w Boguszowie?
Cieszę się, że mogłem przeczytać o Pani przeżyciach związanych z Górnikiem, odświeżyłem swoje wspomnienia, zrozumiałem jak tamte rzeczy były dla mnie ważne i jak wiele dla mnie znaczą do dziś.
Serdecznie pozdrawiam
Andrzej Szatkowski Gdynia.”

dodany: 2015.03.09 14:08:20
przez: Andrzej Gdynia
czytaj więcej
Data newsa: 2012-07-08 11:26

Ostatni komentarz: Zgadza się wszystko co napisała autorka.Zresztą -mieszkaliśmy na tym samym podwórku.Górnik Wałbrzych to było kiedyś (niestety dawno,dawno temu) COŚ dla Wałbrzycha .Piłka nożna,lekkoatletyka,kolarstwo, ,koszykówka,biathlon i jeszcze inne dyscypliny sportowe.Stadion tętnił życiem.Na mecze przychodziło tysiące ludzi.Tak,tak,pamiętam mecze 1 ligi.Szacowano że było na nich około 35-40 tysięcy widzów.Tak jak wcześniej opisano,kibice byli wszędzie.Na drzewach, dachach,w oknach pobliskiego szpitala,część stała na koronie stadionu,szał!!!.Przychodziły całe rodziny niejednokrotnie z maleńkimi dziećmi.Nikt się wtedy nie obawiał, że może być jakaś "zadyma".Owszem pamiętam były i "środki dopingujące"-flaszeczka robiona pod ławką.Wszystko jednak z kulturą .Obiekt (zespół obiektów)zniknął z powierzchni tego miasta.To co pozostało -murawa, jest obecnie staraniem grupy zapaleńców wykorzystywane (na szczęście) do meczów i treningów tej grupki ludzi.Chwała im za to!.Basen przestał istnieć(podobnie jak pozostałe trzy obiekty -Podgórze,Szczawienko,Szczawno Zdrój oraz kryty basen na ul.Małej.
Kolarstwo. Wyścigi odbywały się na trasie ulicami Lotników,Batorego,Namysłowskiego,Ogińskiego,Olimpijska.To była taka pętla.Wyścig Pokoju miał zakończenie na stadionie Górnika (jeden raz).
Tak,ten obiekt i ten klub na trwałe wpisał się w historii tego miasta -Wałbrzycha .
Niestety nie ma możliwości dodania fotek,ale może wspólnymi siłami z autorką ... ?
Tak,DAWNYCH WSPOMNIEŃ CZAR .
Tylko dlaczego tylko wspomnień ????
dodany: 2013.06.03 12:05:46
przez: ZIOMAL .
czytaj więcej
Rozdział IX - Jak porwać facetów
2009-11-27 08:05

Po meczu Neta i Beta usiadły na neonowym napisie „Dom Wichru Hali” i czekały aż w bocznym wejściu lub wyjściu (w zależności od kierunku ruchu) pojawią się dwaj koszykarze.
- Są! – wskazała ręką Neta – Ja biorę się za swojego, ty za swojego. Kierunek jazdy – nasza kwatera!
Tadek i Janusz podeszli do zaparkowanych obok siebie samochodów.
- Fajnie, że znowu wygraliśmy – powiedział Tadek otwierając drzwiczki Poloneza. – Po tych przedmeczowych przeżyciach przez pierwszą połowę trzęsły mi się nogi.


Janusz otwierał Cinquecento.
- Mam nadzieję, że to ostatni atak stresowy. Cześć!
Tadek włożył kluczyki do stacyjki. Przekręcił. Silnik zaczął pracować. Położył nogę na gazie. Nagle na siedzeniu obok pojawiła się Neta.
- To znowu ty? – zapytał drżącym głosem.
- Ja. A teraz słuchaj koleś. Sprzęgło, gaz i wal prosto na Baby Jagi 78. No już – rozkazała.
- Nie, nigdy! – center zdjął ręce z kierownicy.
- Nigdy? To się zaraz okaże. Zobaczysz swoje nigdy – Neta chwyciła kierownicę. Przycisnęła nogami stopy Tadka.
- Ruszaj !
Koszykarz był jednak silniejszy. Zdjął dłonie Nety z kierownicy, odepchnął jej nogi. Uderzyła głową o szybę.
Tego było czarownicy za wiele. Mrugnęła oczyma. Tadek znalazł się na jej miejscu, ona zaś siedziała przy kierownicy. Parę ruchów gałek ocznych wystarczyło, aby związać go pasami bezpieczeństwa. Szybko ruszyła z parkingu. Tadek nie dawał jednak za wygraną. Wrzeszczał na całe gardło:
- Ratunku! Ratunku! Porywacze! Terroryści!
Czarownica pokręciła głową:
- I czego się drzesz. Zgodnie z przepisami masz zapięte pasy, droga pusta ...
Darł się nadal. Musiała ponownie mrugnąć. W ustach wystraszonego, dwumetrowego koszykarza pojawił się wielki, dziecięcy smoczek.
- Mówiłam, żebyś się nie darł. Oddychaj przez nos.

W samochodzie Janusza sytuacja była podobna. Beta posłużyła się bardziej tradycyjnymi ludzkimi sposobami obezwładniania. Przystawiła Januszowi pistolet do skroni.
- Jedź, z dozwoloną prędkością oczywiście, na Baby Jagi.
Dłonie Janusza drżały, ale pewnie trzymały kierownicę:
- Dobrze, dobrze, okey, jadę. Ale oznajmiam, że nie jestem bogaty. Rodzina też jest biedna i nie ma z czego zapłacić okupu.
- Nie gadaj, uważaj, czerwone światło. Tylko bez numerów, bo strzelę w łeb.
Janusz zatrzymał się. Przez szybę w samochodzie zobaczył na pasie obok auto Tadka i jego samego, dokładnie związanego, ze smoczkiem w ustach. Zaśmiał się.
- Ciesz się, że jedziesz ze mną. Inaczej wyglądałbyś tak jak on – stwierdziła Beta.
Musiał przyznać jej rację, ale nie zrobił tego. Lufa pistoletu dotykała jego głowy i przypominała, że może wystrzelić.
Samochody zatrzymały się przed blokiem czarownic. Neta wypchnęła Tadka:
- Do windy! Szybko!
Beta trzymając Janusza na muszce poprowadziła go w tym samym kierunku. Żadne z czwórki nie zauważyło jednego z mieszkańców, który wyszedł wyrzucić śmieci. Biedak stał i patrzył wybauszonymi oczyma. Gdy winda zamknęła się, zajrzał do wiadra ze śmieciami.
- Czyżbym pił i nie wiedział o tym? Butelek brak... Coś mi się popieprzyło w głowie przez tę kablówkę.

W mieszkaniu czarownic sportowcy nadal byli pewni, że ich porwano. Janusz w dalszym ciągu powtarzał, że pochodzi z ubogiej rodziny i nie posiada majątku. Nikt za niego okupu nie zapłaci:
- Naprawdę nikt. Mama na rencie, tata na emeryturze. Brat na zasiłku dla bezrobotnych. Siostra jest nauczycielką.
- Przymknij się, bo urządzę cię jak tamtego – ostrzegła go Neta wskazując Tadka ze smoczkiem, przywiązanego pasami bezpieczeństwa do fotela.
Unieruchomiony i pozbawiony głosy center rozglądał się po pokoju. Przy regale dostrzegł znaną mu miotłę z napędem odrzutowym. Kiwnął głową w stronę Janusza chcąc pokazać mu latający pojazd. Ten jednak ciągle patrzył w lufę pistoletu. Beta siedziała na stole i celowała w pierś koszykarza.
- A teraz siedzieć i słuchać i ani pary z ust! Jesteśmy czarownicami i przybyłyśmy tu prosto z Księżyca zgodnie z życzeniem zarządu waszego klubu ... – rozpoczęła Neta.
Szczegółowo przedstawiła działania podjęte w celu zdobycia tytułu mistrza kraju przez „Wicher Hali”. Opisał po kolei każdy mecz i prawie każdą akcję, w których dziewczyny brały udział. Przypomniała przebieg wizyt w mieszkaniach zawodników i przeprosiła za wtargnięcie Bety do toalety.
Koszykarze powoli uspakajali się. Tadek przestał się kręcić, a Janusz wygodnie usiadł na krześle, założył nawet nogę na nogę, co pozwoliło Becie uznać, że czas już odłożyć pistolet. Czy jednak choć przez moment wierzyli słowom Nety? Wiedzieli już na pewno, że nie zostali porwani dla okupu i rozluźnili się bardziej.
Neta zmieniła ton swej wypowiedzi, Z pewnego i agresywnego przeszła na normalny, by końcówkę monologu wypowiedzieć nieco zakłopotanym głosem.
- Tak więc wbrew własnym przekonaniom i logice zakochałyśmy się w was. Nie możemy jednak bezkarnie skonsumować tej miłości, gdyż stracimy moc. Musicie pomóc nam rozwiązać ten problem.
Koszykarze odetchnęli z ulgą. Molestowanie seksualne jest zdecydowanie lepsze od porwania dla okupu lub w celu uwolnienia więźniów politycznych. Janusz wstał, podrapał się po głowie i zaczął chodzić wokół fotela. Tadek dał znak, żeby go rozwiązano. Neta mrugnęła. Wielki smoczek wypadł mu z ust, pasy bezpieczeństwa, wyrwane z samochodu, upadły na podłogę.
- Powoli drogie panie, powoli. Twierdzicie, że jesteście czarownicami z piekła rodem? Niech wam będzie, teoretycznie wierzymy. Wierzymy Janusz? – Tadek upewniał się, czy może mówić w imieniu kolegi. Janusz przytaknął.
- No, to już ustalone. Jeśli więc to, co mówicie jest prawdą to znaczy, że nie my wygraliśmy mecze, tylko wy? Nie my wywalczyliśmy finał, tylko wy? Czy tak?
Beta nie miała wątpliwości co do toku logicznego rozumowania zawodnika.
Tadek spojrzał Necie prosto w oczy:
- Znasz się na sporcie? Tak?
Neta przytaknęła.
- A więc zdajesz sobie sprawę co też uczyniłyście, teoretycznie
oczywiście? Oszukałyście nie tylko inne drużyny, ale również oszukałyście nas i naszych kolegów. A gdzie zasada fair play? W waszym wyimaginowanym świecie czarownic pewnie nic takiego nie obowiązuje.
Janusz stanął naprzeciwko Bety.
- Nie wyimaginowany, tylko realny. Jest piekło, jest Księżyc i są czarownice – powiedziała pewnym głosem młodsza adeptka sztuki czarowania.
- Niech wam będzie. Ale postąpiłyście okropnie. Byliśmy pewni, że jesteśmy lepsi, że wygrywamy dzięki talentowi i pracy! – wrzasnął Janusz.
Tadek również był wściekły:
- Tymczasem jesteśmy ponoć w rękach diabelnych czarownic, które nie wiedzą co to sportowa walka!
- I do tego chcą nas wykorzystać seksualnie!
Uniesione głosy koszykarzy zaszokowały czarownice. Spojrzały na siebie nie dowierzając temu, co usłyszały. Beta zeskoczyła ze stołu. Neta chwyciła Tadka za koszulę.
- Bez naszej pomocy nie wygralibyście żadnego meczu i wylecielibyście z ligi. A ty nie byłbyś najlepszym strzelcem.
- Oczywiście – chwycił ją za nadgarstek – Ale wtedy wiedziałbym, że to moja wina, że muszę coś zmienić, że muszę więcej trenować. A tak proszę, będę mistrzem dzięki diabłom. Może jeszcze cyrograf mam podpisać?
- Cyrografy wyszły z mody trzysta lat temu. Nie wściekaj się, my musiałyśmy to robić. Nasz szef wszedł w układ z waszymi ludźmi. A zresztą co w tym złego! Przecież nie jesteśmy żadnym środkiem dopingującym i żadne badania nie potwierdzą, że graliście ze wzmacniaczem. Weź te łapy ode mnie! Bo cię znowu zwiążę!
Tadek puścił rękę Nety. Był jednak nadal wściekły:
- Diabelski król strzelców! Ładnie brzmi, nie ma co! A taki tytuł zdobędę. O nie, nie dopuszczę do tego! Gdzie ten wasz Twardowski? Zaraz zrobię z nim porządek i przepędzę do wszystkich diabłów!
- On już tam jest – oznajmiła Boni.
- No to chwała Bogu
- Tylko bez Boga! – ostrzegła Neta.
- A tego się boicie. Janusz zaczynaj się modlić.
Janusz przeżegnał się.
- Ojcze ...
Neta zaczęła machać rękoma:
- Stop! Nie róbcie tego!
Koszykarze roześmiali się. Znaleźli sposób na diabelską moc. Trudno było im do końca uwierzyć, że czarownice są czarownicami, ale powoli docierało do nich, iż wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie musiało mieć związek z jakimiś siłami nieczystymi lub znakomitymi efektami specjalnymi. Jako, że ich miasto, to nie Hollywood, uwierzyli, że czarownice są rzeczywiście czarownicami. I do tego z piekła rodem. Znali już wiele osób, które mogły z powodzeniem pretendować do roli diabłów i uznali, że dwie diablice więcej na ziemskim padole i tak nie zmienią tego świata. Tadek włożył ręce do kieszeni:
- Tu was boli. Mamy was. Słuchajcie diabelskie nasiona! Odczepcie się od nas. Nie wtrącajcie się do gry.
- Nie mamy wyjścia, musimy – rzekła Neta.
- Janusz, mów pacierz.
- Spoko, spoko, panowie. Dlaczego od razu do tych na górze? Słuchaj koleś, realizujemy umowę i nie mamy prawa jej zerwać. Jeśli zawołacie tych z góry, to potem nasi dadzą wam nieźle popalić za naszą krzywdę. I znajdą sposób na wasze pfu, modły. My też mamy kumpli na dole. Jak Boruta się dowie, że uniemożliwiliście nam wykonanie zadania, napuści na was terrorystów ze wszystkich organizacji terrorystycznych na świecie. On ma z nimi znakomite układy – zagroziła Neta.
Tadek nie ustępował:
- Mamy was gdzieś. Terroryści mają ciekawsze rzeczy do robienia, parę budynków do wysadzenia, parę zamachów do wykonania i nie będą zajmować się koszykarzami. Za to my znajdziemy sposób na wasze diabelskie sztuczki. Jest jeszcze Związek Koszykówki i Episkopat. A teraz żegnamy was.
Podeszli do drzwi.
- A miłość? Co z miłością? – prawie płacząc Beta przypomniała o najważniejszej przyczynie sprowadzenia koszykarzy do garsoniery sponsora.
Sportowcy wzruszyli ramionami:
- Na molestowanie seksualne są odpowiednie paragrafy. A tak naprawdę to nie chcemy się kochać z diablicami. Jeszcze wyjdą z tego małe diablątka z małymi różkami – lekceważąco rzekł Tadek.
- Niczego od was nie chcemy – dodał Janusz.
- I niech was Bóg ma w swojej opiece – złośliwie pożegnał się Tadek trzaskając drzwiami.
Beta zakryła twarz dłońmi. Płakała. Neta też nie mogła powstrzymać łez. W mieszkaniu rozległ się głośny szloch.
- Neta, dlaczego oni nas nie chcą?
- Nie wiem.
- Chyba nie jesteśmy aż takie brzydkie.
- Nie wiem, może. Czasy się zmieniają. Ludzie też. Moja kuzynka w średniowieczu płonąc na stosie potrafiła rozkochać w sobie inkwizytora. Wskoczył w ogień i spłonął razem z nią. To był prawdziwy mężczyzna. Teraz jak widać takich nie ma. Nawet nie chce im się normalnie powalczyć, tylko od razu wołają tych z góry.
Neta wytarła nos rękawem.
- Musimy robić swoje.
- A może pomóc przeciwnikom? – zaproponowała Boni ocierając oczy.
- Nie, nie wchodzi w rachubę. Nie po sportowemu i nie po diabelsku. Diabeł jak coś obieca to słowa dotrzymuje. Zresztą Twardowski wyrzuciłby nas z Księżyca, a ja wiem co to znaczy tułać się po innych planetach, jakiś sputnikach i satelitach.
Zamilkły. Cios, który otrzymały od koszykarzy powalił je dokładnie na obie łopatki i trafił mocno w diabelskie serca. Na nic moc, na nic czary, jak facet nie chce się zakochać.
Neta otworzyła barek. Do szklanki nalała wódkę i wino, wymieszała łyżeczką i jednym haustem wypiła.
- Odpuszczamy jeden mecz. Potem coś się wymyśli. Napij się, prędzej zaśniesz - podała koleżance butelkę z wódką.
Beta, nie zastanawiając się wiele, pociągnęła prosto z gwinta.
- Wódka nam nie zaszkodzi? – zapytała.
- Nie, najwyżej wpadniemy w alkoholizm i pójdziemy na odwyk. Będą nas leczyć.
Necie było w tym momencie wszystko obojętne.


Wróć
dodaj komentarz | Komentarze: